Człowiek ledwo się obejrzał, a już się zrobił grudzień. Dziś będzie o produktach, które mam od… pół roku! Jakoś nie było okazji wspomnieć o nich wcześniej, ale jak to się pięknie mówi „co się odwlecze to…”

Brwi, brwi, brwi…

Przyznam się Wam zupełnie szczerze, że jeszcze do niedawna nie przykładałam szczególnej uwagi do makijażu brwi – jeżeli już, to raczej pilnowałam ich kształtu bezwzględnie wyrywając wszystkie włoski, które wychodziły poza umiłowany przeze mnie kształt. Naoglądałam się jednak tych wszystkich filmików makijażowych na YouTubie, w których każda z dziewczyn podkreślała, jak ważne są brwi w jej makijażu, że sama zaczęłam szukać produktu dla mnie.

Pierwsze poszły na wypróbowanie kredki, które są ze mną do dziś, następnie była faza pomady, która okazała się produktem zupełnie nie dla mnie, ostatnie pojawiły się żele, ale nie te przezroczyste, które mają brwi tylko ujarzmić, tylko te z odrobiną pigmentu. I to o tych ostatnich będzie dziś mowa.

B jak Benefit

Benefit to chyba pierwsza marka, która od razu kojarzy się z kosmetykami do brwi, a dopiero potem z całą resztą ich oferty. Chcąc sprawdzić jak taki żel będzie się u mnie sprawował postawiłam na miniaturkę Gimme Brow w kolorze 3. Przyznam, że kolor mógłby być odrobinkę jaśniejszy, ale z tym też dało się pracować, bo pigment nie powala. Niestety niezależnie od odcienia, nie polubiliśmy się. Miałam wrażenie, że od samego dnia zakupu ten żel był bardzo suchy – jak taka stara, zaschnięta w większości maskara.

Dodatkowo nie widzę niczego, co obiecuje producent, w dodatku nieźle trzeba się tą malutką szczoteczką namachać, aby brwi podkreślić.

Produkt też do najtańszych nie należy – pełne opakowanie (3g) to wydatek 132 zł, za miniaturkę (1,5g) musimy zapłacić 69 zł.

ABH Dipbrow Gel

Postanowiłam nie zrażać się od razu do tego typu produktów i zaopatrzyłam się w Dipbrow Gel od Anastasii. No i znów nie do końca trafiłam z kolorem, bo postawiłam na Soft Brown, a zdecydowanie powinnam wziąć Blonde lub Taupe. Ten żel jest o wiele bardziej napigmentowany i nie jest tak suchy jak wspomniany wyżej żel z Benefitu, więc aby za ciemnym produktem nie zrobić sobie brwi Breżniewa trzeba naprawdę działać delikatnie. Plus za to, że jak się ma ładnie wyregulowane brwi bez prześwitów i dziurek, to w kilka sekund można je fajnie pokreślić tym żelem i makijaż gotowy.

Przyznam, że nie używam go często, bo mam za ciemny kolor i sięgam po niego tylko jak sobie zrobię intensywny makijaż oka, wtedy ciemniejsze brwi go równoważą, przy dziennym, lekkim makeupie średnio się sprawdza – ale to w pełni moja wina. Nie wykluczam jednak takiej sytuacji, że sprawię sobie jaśniejszy odcień. Żel faktycznie brwi utrwala – może nie na mur beton, ale moje nie są w tym względzie szczególnie wymagające, więc ten poziom utrwalenia mi wystarcza.

Jest jednak jeden minus – opakowanie. Ono bardzo cieszy oka w pierwszym momencie, bo jest pięknie złocone. Do czasu. Ja nie podróżuje z moim żelem, nie noszę go w kosmetyczce, tylko leży sobie on spokojnie innymi produktami do brwi i rzęs. Po pół roku, opakowanie jest tak porysane (ta złota część), że wygląda jak tani produkt z Biedronki, a nie produkt wysokopółkowej marki. Za pełnowymiarowy produkt trzeba zapłacić 115 zł (4,4g), opcja podróżna (2,2g) to wydatek rzędu 69 zł.

Warto?

Tak zupełnie szczerze? To zależy. Jeżeli miałabym wybierać spośród tych dwóch produktów – zdecydowanie ABH. Ale tak naprawdę na co dzień w zupełności wystarcza mi kredka do brwi z Golden Rose, która kosztuje ułamek tego co Dipbrow Gel. A skoro to mi starcza, to po co przepłacać?

Może jakbym miała odpowiedni kolor z ABH to moja opinia byłaby bardziej przychylna właśnie Dipbrow Gel, ale ciężko mi teraz gdybać. Póki co, pozostaje #teamkredka