Nie wiem jak wy, ale kiedy myślę o dobrej kuchni to jedną z pierwszych jaka przychodzi mi na myśl jest kuchnia włoska. Kiedy pierwszy raz byłam we Włoszech (a było to więcej niż 10 lat temu) to jedną z rzeczy, które świetnie zapamiętałam były obłędne makarony.

Aby od razu naprostować sprawę – żadnym krytykiem kulinarnym nie jestem, ale lubię i chyba nawet potrafię gotować, więc smak też jakiś mam. Pokażę Wam miejsca, gdzie warto się wybrać będąc w Mediolanie zarówno ze względu na klimat samej miejscówki jak i na smaczne jedzenie.

Miejsc nie będzie wiele – bo aż dwa. Głównie spowodowane jest to tym, że przez mega upalną pogodę totalnie nie chciało nam się cały dzień jeść. Zdecydowanie bardziej rozglądaliśmy się za wodą niż za konkretami. Głód pojawiał się późnym wieczorem, kiedy słońce w końcu dawało lekko odetchnąć.

PIZ – Via Torino 34

Tu trafiliśmy na samym początku naszego pobytu w Mediolanie i… pozytywnie się zaskoczyliśmy. Pizzeria jest schowana w malutkiej uliczce niedaleko placu przy katedrze. Na przywitanie darmowy kieliszek prosecco i kawałek pizzy, jeszcze przed otwarciem lokalu. Nie powiem, zachęcił nas do wejścia do środka, ale nie dlatego, że był za darmo, ale głównie dlatego, że było smacznie. W środku wybór pizzy jest niewielki – padło na marinarę i… kolejne prosecco. Pizza mimo, że super prosta, była super smaczna!

W lokalu panuje super atmosfera – na górze jest nieco cieplej niż na dole, ale przekonałam się o tym schodząc do toalety przed wyjściem, więc trochę późno. Na ścianach żywe kolory i mnóstwo piłkarskich gadżetów (nawet szalik POLSKA się znalazł).

Przed samym opuszczeniem lokalu kolejna niespodzianka – darmowe szoty! Była to jakaś smaczna i słodka nalewka. Fajne miejsce na szybki lunch, bo uwijają się naprawdę sprawnie. Obawiam się, że przy dłuższym posiedzeniu można wyjść lekko pijanym.

fot. Radek 🙂

Berberè Milano Navigli – Via Vigevano 8

To miejsce poleciła nam znajoma i… my będziemy polecać je dalej. Póki co to właśnie tu jadłam najlepszą pizzę w życiu i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś dane będzie mi ją zjeść ponownie.

Pizzeria Berberè w dzielnicy Navigli nie znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie kanałów. My poszliśmy świeżo na otwarcie lokalu, więc przez chwilę byliśmy jedynymi gośćmi, więc ciężko nam cokolwiek powiedzieć o tym jak może być tam tłoczno. Jednak pytanie z ust kelnera o rezerwacje na samym wejściu pewnie nie było bezzasadne…

Przeglądając menu od razu wiedziałam, że chcę spróbować pizzę Norma (Baked eggplant, tomato, grated smoked ricotta, fiordilatte mozzarella, basil), Radek natomiast postawił na pizzę białą z włoskim wędzonym boczkiem (Speck from Trentino, natural gorgonzola, acacia honey, walnuts, fiordilatte mozzarella). Obie były tak samo niesamowite. Na początku wydaje Ci się, że wielkość pizzy jest taka, że istnieje prawdopodobieństwo, że jedna nie starczy – nic bardziej mylnego. Dwa ostatnie kawałki już „wchodziły” ciężko, ale pizza była tak dobra, że no żal zostawiać.

Inna sprawa, że znalazło się też miejsce na deserek – te (zupełnie szczerze) były ok, ale nie powalały na kolana. Za to do samej pizzy zamówiliśmy karafkę domowego białego wina i to też był strzał w dziesiątkę! Jeżeli będziecie kiedyś w Mediolanie idźcie do Berberè koniecznie!

LODY!

Muszę o nich wspomnieć, bo skusiliśmy się na nie dwukrotnie w różnych miejscach i w obu były genialne!

Pierwsze złapaliśmy niedaleko Duomo na tej samej ulicy, na której znajduje się pizzeria PIZ. Ja postawiłam na tiramisu i cytrynę, a Radek skusił się na owoce lasu i pralinę. Porcje – ogromne, ilość smaku – ogromna.

Drugi raz jedliśmy lody nad Como i jak już wiecie z poprzedniego wpisu były obłędnie dobre! No spójrzcie na te zdjęcia:

Śniadania

Tu sprawa ma się inaczej niż w Polsce, bo raczej nie jada się kanapek. Ciężko nawet znaleźć coś takiego w sklepach czy piekarniach, ale są inne bardzo smaczne rzeczy, które na śniadanie wchodzą aż miło. Raz tylko się lekko nacięliśmy będąc w Como – zamówiliśmy w jednej z knajpek panini i dostaliśmy to:

Z uwagi na poziom głodu zjadłam bardzo szybko, ale no nie było to najlepsze doświadczenie kulinarne. Plus za szyneczkę w środku i świeże pomidory, które miały smak. Niestety kawa była straszna, bez cukru nie do upicia.

Za to w pozostałe dni śniadania kupowaliśmy w piekarni zaraz obok stacji metra Zara. Piekarnio-kawiarnia nazywa się Costa, ale nie ma ona nic wspólnego z sieciówką o tej samej nazwie. Tam codziennie można było kupić świeże włoskie wypieki – pizza na kawałki, foccacia i wszelkie jej odmiany. To bardzo dobre miejsce na szybkie śniadanie zarówno dla amatorów wytrawnych dań jak i śniadań na słodko. Foccacia z pomidorkami cherry <3

Na koniec jeszcze coś słodkiego, bo trzeba było spróbować jednego z najbardziej znanych włoskich deserów! Cannolo to deser sycylijski. Są to rurki z chrupiącego ciasta nadziane kremem z sera ricotta. No nie ma między nami miłości aż po grób – smaczne, super zapychające, ale chyba raz mi starczy 😉

Mam nadzieję, że choć odrobinę jesteście teraz głodni 😉