Kiedy tylko zobaczyłam je na amerykańskim YT niemal codziennie sprawdzałam na stronie MAC i Douglas, czy już te nowości pojawiły się u nas. Musieliśmy troszkę na nie poczekać, ale są! I bardzo mnie dziwi, że tak o nich cicho, szczególnie że kremowe produkty do makijażu stają się co raz bardziej łakomym kąskiem dla wszystkich maniaków makijażu bo wpisują się w panujące obecnie trendy zdrowo wyglądającej, nawilżonej i świetlistej skóry.

Glow Play Blush

Róże dostępne są w 11 odcieniach i za każdy musimy zapłacić 125 PLN. Zamknięte są w plastikowym, zupełnie przezroczystym opakowaniu (bardzo ładnym swoją drogą) o kształcie standardowego opakowania różu z MACa. Samego produktu dostajemy 7,3g co daje nam cenę 17,12 PLN za 1 gram produktu.

Sam produkt konsystencją przypomina plastelinę – dość miękką, taką już rozgrzaną w dłoniach. Na twarz można go nakładać zarówno palcami jak i pędzlem. Tyle z „technicznych” spraw, przejdźmy do samego używania.

Pac, Pac, Pac

Glow Play Blush używa się bardzo intuicyjnie i to co podpowiada nam intuicja, to w przypadku tego produktu działa najlepiej. Formuła różu to tak zwane „cream to powder” co oznacza, że produkt po nałożeniu na skórę przestaje być kremowym produktem, a zmienia swoją konsystencję na pudrową. Tu efekt wspomnianej „pudrowości” polega bardziej na samym zastygnięciu różu po nałożeniu, bo produkt na policzkach wygląda świeżo i świetliście. Nie ma mowy o matowym efekcie chyba, że jeszcze na róż zaaplikujecie matujący puder.

Najlepiej nakłada mi się ten róż pędzlem – koniecznie ruchem stemplującym. Produkt jest produktem mokrym, więc pocieranie czy to palcem czy pędzlem po skórze, na którą wcześniej nałożyliśmy podkład skończy się jego starciem. Jednak nie trzeba obawiać się plam, czy nadmiernej koncentracji koloru w jednym miejscu, bo delikatne stemplowanie pędzlem (czy też palcem) po policzku doskonale rozprowadza róż i blenduje go z resztą makijażu. Chmurka koloru z idealnym przejściem robi się praktycznie sama!

Kolor jaki posiadam to Blush, Please – jest to zgaszony, bardzo naturalnie wyglądający odcień. Jednocześnie dodaje koloru i ożywia cerę, ale nie jest bardzo intensywny. Można uzyskać nim efekt delikatnego rumieńca – dla fanów intensywnych policzków polecałabym sięgnięcie po inny odcień z gamy.

Co jest jeszcze ważne, o czym zapomniałam wspomnieć? Ten róż możecie nałożyć zarówno na nieprzypudrowany podkład, jak i na puder. Nie bójcie się – nic się z makijażem nie stanie tak długo, jak w trakcie aplikacji produktu będziecie używać ruchów steplujących (wiem, powtarzam się, ale w tym przypadku jest to szczególnie ważne). Podkład nie zostanie starty, a z mieszanki pudru i różu nie powstanie ciastko – naprawdę.

Przyznaję, że od kiedy go mam jest to jedyny róż jaki używam. Pudrowe róże nie są w stanie dać tak ładnego efektu na twarzy (nawet ten róż z Hourglass nie wygląda AŻ TAK ładnie). Wiem, że nie każdy lubi róże, ale jeżeli używacie róży, a jeszcze nie znaleźliście ulubieńca – sprawdźcie Glow Play Blush z MACa. Fajnie jakby MAC wypuścił też bronzery w tej formule – czuję, że to byłby mój kolejny hit.