Muszę przyznać, że do samej marki Huda Beauty mam mieszane uczucia. Nie wszystkie produkty do mnie przemawiają, przez co nawet jak widzę na ich temat pozytywne recenzje to raczej po nie nie sięgam. Jednak to właśnie Huda ma (moim zdaniem) najlepsze płynne pomadki matowe jakie są dostępne na rynku, więc co jakiś czas spoglądam czy to na stronę Sephory, czy w szafę marki stacjonarnie aby zobaczyć czy coś ciekawego się u nas pojawiło.

Trzeba jednak szczerze Hudzie przyznać, że ukazanie się palety The New Nude na nowo zdefiniowało to, czym odcienie „nude” są w makijażu. Bo u Hudy na próżno szukać klasycznych brązów – nude w jej wydaniu to zgaszone róże, przybrudzone brzoskwinie, delikatne fiolety… Takie odcienie znajdziemy także w serii paletek Nude Obsessions. Bo to właśnie (między innymi) o niej będzie dzisiaj mowa.

Paletki Obsessions

Pierwsze paletki z serii Obsessions miałam wrażenie, że wyprzedawały się na pniu. Może dlatego, że były stosunkowo tanią opcją wejścia w świat cieni Huda Beauty – duże palety kosztowały wtedy około 300 PLN, a za kwadratową paletkę 9 cieni trzeba było zapłacić jedynie 130 PLN. Pamiętam, że bardzo chciałam wersję Mauve Obsessions, ale nie udało się jej nigdzie złapać, więc kupiłam Smokey Obsessions. Do używania na co dzień te odcienie są dla mnie nieco za ciemne, ale błyskotki w tej paletce trzymają ją wciąż przy mnie, bo nigdzie takich samych nie jestem w stanie znaleźć.

Dlatego kiedy zobaczyłam kolory w paletkach z serii Nude Obsessions zaczęłam się nimi żywo interesować.

Nude Obsessions są trzy: Light, Medium i Rich – teoretycznie stworzone z myślą o osobach z różną karnacją, praktycznie – w zależności od tego jak ciemny makijaż lubisz, możesz kupić każdą. Jakbym miała wszystkie trzy to jedynie środkowa Medium raczej leżałaby gdzieś w kącie, bo moim zdaniem jest najmniej ciekawa, za to Light i Rich połączone razem dają zestaw cieni idealny.

W moich zbiorach paletkowych znajduje się tylko wersja Light, bo przyznaję, że kupiłam ją z myślą o makijażach dziennych. I to był strzał w dziesiątkę, bo do dzienniaków ta paletka jest idealna, pod warunkiem, że jesteś bladzioszkiem jak ja. Najciemniejszy cień w paletce bardzo subtelnie przyciemnia – to raczej średni, ciepły brąz, więc dla kogoś bardziej opalonego ode mnie może okazać się cieniem transferowym.

Paletka składa się z pięciu cieni matowych i czterech błyskotek. Duży plus za matowy beż, który jest w bardzo ładnym odcieniu (w moim już zrobiłam w nim denko, więc to o czymś świadczy). Maty są super, lekko się pylą ale nie ma większego problemu z osypywaniem podczas aplikacji ich na powiekę, nałożone na bazę z Urban Decay trzymają się bez problemów cały dzień. Błyski można nałożyć palcem na suchą powiekę, ale ich całe piękno pokazuje się kiedy nałożymy je na bazę pod brokaty (np. Nyx Glitter Primer), która pięknie podbija zarówno ich pigment jak i moc błysku. Weźcie jednak pod uwagę to, że nie ma siły aby zrobić tą paletką mocniejsze oko, naprawdę. To ma swoje plusy, jednak dla tych co lubią mieć wszechstronne produkty może to być minus, bo do wieczorowego makijażu będą musieli sięgnąć po coś dodatkowego.

Czas na usta

Jak już we wstępie wspomniałam, matowe pomadki Hudy w płynie to moim zdaniem najlepsze matowe pomadki jakie mamy dostępne na rynku i od kiedy je mam i używam nikt ich jeszcze nie zdetronizował.

Głównie przez to zaczęłam spoglądać również na pomadki tradycyjne Matte Power Bullet, jednak to co mnie powstrzymywało przed ich zakupem to ich cena. 135 PLN za pomadkę to już sporo – jakoś ta granica 100 PLN jest jeszcze akceptowalna, ale już więcej… No nie byłam przekonana.

Aż na promocji nie dorwałam duetu Throwback Lip Kit w wersji cool, który zawierał pomadkę w odcieniu Girls Trip oraz konturówkę w kolorze Partner In Crime (z tego co zauważyłam, odcień ten nie jest dostępny w osobnej sprzedaży). Już nie pamiętam jaka była na niego zniżka, ale aż żal było nie kupić, tym bardziej że kolor Girls Trip to był jeden z tych kolorów o których myślałam zastanawiając się wcześniej czy w ogóle kupić tę pomadkę czy nie.

No i powiem wam, że to było odkrycie roku! Naprawdę, mam wiele pomadek i raczej większość jest z tej wyższej półki cenowej, ale TAKIEJ pomadki o TAKIEJ formule jeszcze nie miałam. Na ustach ma się wrażenie jakby były kremowo-silikonowe. Są lekko wyczuwalne nawet w ciągu dnia, ale nie tak, aby przeszkadzały. Totalnie się w tych pomadkach zakochałam i wyparły one z pierwszego miejsca uwielbiane przeze mnie pomadki Kat Von D (mowa oczywiście o tradycyjnych pomadkach, nie płynnych). Kolejnym odkryciem była konturówka od Hudy – nie widziałam jeszcze konturówki, która tak szybko zastyga i jest tak trwała na ustach.

Choćbym chciała znaleźć jakiś minus w tych produktach to jedyne czego można się czepiać to cena. Wiem, że nie każdy może sobie pozwolić na wydanie takiej kwoty, ale kurcze – warto. To są pomadki, które nosi się najbardziej komfortowo – mimo, że mają matowe wykończenie to optycznie wygładzają usta (sprawdźcie!!!), bardzo ładnie się utrzymują i ładnie zjadają w ciągu dnia, a co najważniejsze – nie przesuszają! I warto dobrać sobie do niej konturówkę, bo większa trwałość na ustach takiego duetu jest wyraźnie zauważalna. Oczywiście cena samej konturówki jest absurdalna, dlatego polecam poszukać jeszcze tego dueciku bo się zwyczajnie opłaca.

A jak to wygląda cenowo? Sama pomadka jak wspomniałam to wydatek 135 PLN, konturówka kosztuje 90 PLN (sic!!!), a jak złapiecie zestaw to bez żadnych promocji zapłacicie 159 PLN.

Oczywiście zachwyt nad pomadką sprawił, że poleciałam po jeszcze jeden odcień, więc na zdjęciach widzicie obok Girls Trip (bardziej różowy) kolorek Anniversary (neutralny beż).

Opakowania

Warto jeszcze na koniec wspomnieć o opakowaniach.

Paletki Nude Obsessions mają piękne „skórzane” tłoczenie, w środku oczywiście mamy lusterko wielkości całej paletki, więc na wyjazd też się takie maleństwo sprawdzi. Opakowanie jest plastikowe, ale solidne.

Pomadki mają cudowny design – opakowanie ombre pomaga też rozpoznać po jaki kolor właśnie sięgamy. Dodatkowy plus to magnetyczne zamknięcie. Daje to poczucie lekkiego luksusu. Całość jest trochę duża (porównując rozmiar pomadki z innymi markami) ale cieszy oko, więc można to wybaczyć.

Konturówka jak to konturówka – zwyczajna kredka do ostrzenia, więc nie ma się zbytnio nad czym rozwodzić (tym bardziej ciężko przełknąć tę cenę).