Jakiś czas temu Glam Shop, czyli marka założona przez polską Youtuberkę Hanię Knopińską, zapowiedział pierwszą w historii marki współpracę z influencerkami. Ani trochę nie zdziwił mnie wybór marki, bo padło na Karolinę Zientek i Agnieszkę Janoszkę. Obie oglądam od dawna i obie są fenomenalnymi makijażystkami. Dziewczyny potrafią operować pędzlami jak mało kto, tworząc małe, makijażowe arcydzieła.

Ciekawa byłam na jaką kolorystykę postawią obie i po premierze palet, jedna z nich totalnie mnie prześladowała – Agnieszka Janoszka w 100% trafiła w moje kolorystyczne gusta. Jak się okazało, nie tylko moje, bo jej paleta wyprzedała się całkowicie w ciągu kilku pierwszych dni. Na szczęście zdążyłam z zakupem, a sama paletka dotarła do mnie na początku tego tygodnia.

Opakowanie

Paleta Agnieszki nazywa się Kwitnąca Wiśnia, co doskonale oddaje kolory jakie znajdziemy w środku. Samo opakowanie to standardowe kartonowe opakowanie, w którym nie znajdziemy lusterka. Opakowanie jest fajne w dotyku, bo wydaje się takie… gumowo-matowe. Jednak porównując sobie jakość samego wykonania opakowania z paletą Zoeva, która jest pod tym względem bardzo podobna, to mogłoby być lepiej. W palecie Glam Shopu mocno odznaczają się magnesy i widać lekkie nierówności w otworach, w których znajdują się cienie. Palety Zoeva są zdecydowanie bardziej solidne pod tym względem.

Sama szata graficzna, czyli piękny rysunek gałęzi kwitnącego drzewa wiśni bardzo cieszy oko. Historię tego, co to za grafika i jak to się stało, że trafiła na opakowanie tej palety opowiadała Agnieszka w jednym ze swoich filmów, więc nie będę jej tu przytaczać 😉

Cienie

No ale co z samymi cieniami?

Przyznam, że z matowymi cieniami marki Glam Shop jeszcze nigdy się nie bawiłam, więc jest to moje pierwsze spotkanie z tą formułą. Turbopigmenty już w swojej kolekcji mam – więc jakiś punkt odniesienia jest. Metaliki podobnie jak maty są u mnie po raz pierwszy.

Ale może zacznijmy od początku. W palecie mamy 10 cieni: pięć matów, trzy metaliczne cienie i dwa turbopigmenty. Cały górny rząd palety to cienie matowe, a trzeba przyznać, że dobór matów jest idealny:

  • śnieżny płatek to idealny beż, który u mnie jest totalnie niezbędny w makijażu.
  • rumieniec wiosny to przepiękny cień transferowy, lekko brzoskwiniowy – ociepli chłodny makijaż i podkreśli ciepły.
  • kwitnący róż jak sama nazwa wskazuje to odcień różu, ale lekko zgaszony, więc sprawdzi się również na co dzień.
  • zwinięty pąk, to kolejny cień, który może pełnić funkcję cienia transferowego, ale nie tylko – przy delikatnym dzienniaku nada się również w zewnętrzny kącik. To piękny, neutralny, jasny brąz – ani nie wpada w pomarańcz, ani nie wpada w szarość.
  • kora wiśniowa – to jest odcień, który chyba mnie najbardziej rozczarowuje, bo nakłada się trochę nierówno. Potrafi zrobić plamę, którą da się rozetrzeć, ale wciąż – trzeba z nim uważać. Jednak sam kolor pięknie pasuje do całej reszty, to ciemny brąz z lekko wiśniowymi podtonami.

Dolny rząd cieni, to błyskotki, wśród których są takie perełki, że tylko dla nich warto jest mieć tą paletę:

  • pośród lampionów – pierwszy turbopigment, lekko szampański błysk bez mocnej kolorystycznej bazy, nada się jako topper na inne cienie, ale sam również robi spore wrażenie.
  • delikatność natury – od pierwszego dotknięcia ulubiony cień z palety. Jest to metaliczna formuła, która wydaje się być pod palcem gumowo-mokra. W żadnej mojej palecie nie mam czegoś podobnego. Sam kolor jest przepiękny – zdecydowanie robi efekt wow w makijażu.
  • wodne odbicie – drugi turbopigment w palecie, przepiękny różowy blask.
  • pień w słońcu – to najbardziej nieoczywisty odcień w całej palecie. Formuła jest dokładnie taka sama jak w odcieniu delikatność natury, jednak tu mamy chłodny, średni brąz. Mimo, że w palecie nie do końca „mówi do mnie” to na oku wygląda przepięknie. To taki cień, którym da się zrobić ekspresowy makijaż wklepując w powiekę tylko jego.
  • niesiony wiatrem – metaliczny fiolet, który dla mnie na całą powiekę jest nieco zbyt odważny (raczej nie sięgam po takie kolory), ale już na dolną powiekę, aby podkreślić makeup i wybić moją zieloną tęczówkę – sztos. I sama formuła tego cienia, podobnie jak dwóch pozostałych metalików, to totalna magia.

Na razie zrobiłam tą paletą dwa makijaże, ale już wiem, po co będę sięgać najczęściej. Cienie jak zwykle nakładałam na bazę z Urban Decay w odcieniu Eden. Zarówno maty jak i błyskotki przyklejały się do tej bazy pięknie i po całym dniu w makijażu nic się nie zebrało w załamaniach powieki. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to cienie metaliczne. Jest to formuła, która daje przepiękny efekt na powiece. To cienie, które możemy nakładać pędzlem lub palcem, a efekt będzie bardzo zbliżony – różnica jest w jego mocy. Nałożone pędzlem są delikatnie błyszczące, przy nałożeniu palcem jest już błysk totalny.

Z turbopigmentami mam takie love&hate relationship chociaż mam wrażenie, że jakościowo te dwa odcienie z palety Agnieszki są lepsze niż trzy pojedyncze odcienie jakie posiadam. Pośród lampionów i wodne odbicie nie osypują się tak jak moje „stare” turboty, jednak na co dzień jest to dla mnie zbyt wiele. Chciałabym mieć tu te same odcienie w formule tych trzech metalików, które już sobie ukochałam.

Maty są świetne – mocno się sypią w palecie, ale na oku tego osypu nie widać podczas wykonywania makeupu. Ale wszystkie maty mają świetną pigmentację i nie potrzeba dużej ilości produktu na pędzlu, aby uzyskać pełny kolor. Bez większych problemów rozcierają się do ładnej chmurki koloru. Jedyne „ale” mam do najciemniejszego odcienia, bo jak już wspomniałam – można sobie nim zrobić plamy, które długo się potem rozciera.

Kupować czy nie?

Jeżeli lubicie takie kolory – kupować! Nie zastanawiajcie się, bo jak się wyprzeda to już okazji nie będzie (w końcu to edycja limitowana) Oczywiście kupować nie teraz, a jak się pojawi ponownie w sprzedaży (co ma się zdarzyć w grudniu) bo pierwsza partia palety się wyprzedała do zera. Ja totalnie nie żałuję zakupu, mimo że palet z cieniami na mojej półce jest około piętnastu… Wydaje mi się, że to będzie paleta, po którą będę sięgać często, bo dobór odcieni do dziennych makijaży jest idealny. Jest tu po prostu wszystko, czego na co dzień potrzebuję. No i te trzy metaliki, które podbiły moje makijażowe serduszko od pierwszego zetknięcia się z nimi.

Oczywiście można tu ponarzekać na jakość opakowania, ale to tylko opakowanie – zawartość jest warta swojej ceny. Dodatkowy plus – wspieramy polską markę, którą totalnie powinniśmy się chwalić!

Agnieszko – gratuluję palety, bo jest pięknie!