To już ostatni wpis z Mediolanu, ale uznałam, że warto wspomnieć co takiego sobie upolowałam – oczywiście będą dziś same kosmetyki!

Zanim przejdziemy do konkretów, jest takie miejsce w Mediolanie, do którego warto się przejść i… pooglądać. Pooglądać witryny sklepowe – bo nie wiem jak Wy, ale ja czułabym się bardzo niekomfortowo przechadzając się po sklepach takich marek jak Armani, Gucci czy Prada. Swoją drogą ciężko stwierdzić czy ochrona wpuściłaby mnie do środka, bo faktem jest, że przy każdych drzwiach butiku stał elegancko ubrany mężczyzna, który otwierał drzwi wchodzącym do środka klientom.

Miejsce, o którym mowa to modowy kwartał ulic, tzw. Quadrilatero d’Oro, gdzie swoje sklepy i butiki mają największe modowe marki, jak wyżej wspomniana Prada, Gucci, Dolce & Gabbana Versace, Fendi, Moschino, Byblos, Yves Saint Laurent, Chanel, Hermes czy Armani, który prócz „zwykłego” sklepu ma tam również restaurację, kawiarnię i SPA. Dzielnicę mody tworzą via Montenapoleone, via Manzoni, via Sant’Andrea i via della Spiga. Witryny sklepowe naprawdę potrafią zrobić wrażenie!

Swoje zakupy jednak skoncentrowałam na kosmetykach w zdecydowanie bardziej przyjaznej portfelowi okolicy.

Lush Naked Shop

Kiedy byliśmy w Maastricht, trzy razy odwiedzałam sklep Lusha i w końcu się na nic nie zdecydowałam. Tym razem jak zobaczyłam tylko ich szyld uznałam, że drugi raz nie mogę wyjść z pustymi rękoma.

Sprzedawca kupił mnie od pierwszej sekundy, bo pierwsza rzecz na jaką zwrócił uwagę to… moje tatuaże! Pokazał kilka fajnych produktów, ale jak przyniósł balsam do ciała w kostce o nazwie Shimmy Shimmy, który pozostawia na skórze milion brokatowych drobinek, nie mogłam powiedzieć nie 😉

Kilkanaście minut później opuszczaliśmy sklep z paczuszką dobroci, a padło na:

  • Wspomniany już Shimmy Shimmy, czyli balsam w kosteczce wypełniony drobinkami brokatu. Prócz błysku, świetnie nawilża skórę i sprawia, że jest super miękka. No i pachnie wanilią! Produkt na stronie LUSH znajdziecie tu (klik).
  • Coco Loco, czyli nawilżający balsam pod prysznic (klik). Pachnie on nieziemsko, pozostawia fajne uczucie na skórze tylko jest mało wydajny – niestety pod wpływem ciepłej wody znika bardzo szybko.
  • The Comforter, czyli baton do kąpieli – coś jak kula kąpielowa tyle, że większy (klik). Zaraz po Shimmy Shimmy najlepszy zakup – baton wystarczył na 6 kąpieli, a zarówno piany jak i zapachu było pełno. Miałam już kule do kąpieli innych marek dostępnych w Polsce, ale żadna nie dawała aż tak mocnego efektu. Największą jednak zaletą jest to, że czuć fajne nawilżenie na skórze od zawartych w batonie olejków, ale one same nie zostają na wannie, dzięki czemu po użyciu Comfotera w wannie, nie trzeba jej od razu szorować.

Do swoich zakupów dostałam też dwie próbki całkiem sporych rozmiarów, co mnie pozytywnie zaskoczyło! Trafił się kawałek scrubu do ciała Cherryish (klik) – był baaaardzo delikatny i pachniał obłędnie, oraz kawałek mydełka Poppy (klik), które miało w sobie mnóstwo ziarenek maku, dzięki czemu również działało jak peeling. Mydełko tak mi przypadło do gustu, że załuję, że nie kupiłam całego.

Co ważne, zakupy robiłam w sklepie Lush Naked, jest to nowość marki Lush, a charakteryzuje się on tym, że nie znajdziemy w nim żadnych plastikowych opakowań – wszystko co kupicie, dostajecie zawinięte w papier. Jeżeli chcecie możecie też na miejscu dokupić opakowanie wielorazowego użytku. Ja skusiłam się na puszeczkę dla mojego balsamu i jej koszt to były jakieś 3 Euro. Da się?

Sklepów Lush Naked nie ma wiele (na razie) bo możecie je znaleźć w Mediolanie, Berlinie i Manchesterze, ale warto mieć na uwadze, że mają one produkty, niedostępne w „zwykłych” sklepach Lush (jak np. wspomniane wyżej mydełko Poppy). No i fajnie, że co raz bardziej marki zaczynają myśleć o byciu eko nie tylko dlatego, że jest to modne, a ich eko-hasła przestają być czysto marketingowe.

Kolorówka

Nie byłabym sobą, jakby moje ręce nie złapały jeszcze jakiejś kolorówki. Tu postawiłam na Kiko Milano, które jakiś czas temu zniknęło z warszawskiej Arkadii. Akurat trafiłam na czas, w którym sporo produktów było mocno przecenionych i kupiłam paletkę cieni oraz kremowy rozświetlacz.

Paletka cieni zaskoczyła mnie formułą – cienie są tak dobrze zmielone i jedwabiste, że wydają się być w dotyku wilgotne. Niestety beż z paletki jest dla mnie zbyt ciemny pod łuk brwiowy (prawie mogę nim załamanie powieki konturować), ale pozostałe cienie matowe i jedna złota błyskotka totalnie robią robotę. Jedyne co, to bez sensu było dawać do opakowania pacynkę do cieni – strata miejsca.

Rozświetlacz to jest cudeńko. Ma szampański odcień i formułę, która pod wpływem ciepła palców delikatnie się topi. Ale spokojnie – można go wklepać nawet na przypudrowany podkład i nic się nie zważy. Efekt jaki nim uzyskamy jest dość subtelny, ale tak spodobała mi się jego formuła, że nie mogłam sobie go odmówić. Czasem stosuję go samego, a czasem służy jako mokra baza pod pudrowy rozświetlacz.

Więcej zakupów nie poczyniłam, ale szczerze przyznam, że żałuję, że nie mamy Lusha w Polsce. Wiem, że cenowo to nie wypada super korzystnie (za te 3 produkty i pudełko zapłaciłam prawie 30 euro), jednak od czasu do czasu można sobie na takie szaleństwa pozwolić. Dodatkowo sama filozofia marki do mnie przemawia i z chęcią spróbowałabym innych produktów jakie znajdują się w ich ofercie.