Przyznam się Wam, że ostatnio nie miałam zupełnie weny na pisanie. Miałam sporo pracy, a home office może i jest wygodny, ale sprawia, że jak trzeba coś zrobić „po godzinach” to trochę tracisz poczucie czasu. Dodatkowo musiałam się też ostatnio trochę pouczyć, więc dodając jedno do drugiego – trochę brakowało doby.

Ale spokojnie 🙂 Wracam, bo wciąż mam sporo rzeczy do opisania i pokazania.

Czy to ideał?

Wiem, że nie ma idealnych produktów do makijażu, które będą pasować wszystkim, bo każdy z nas przecież jest inny i czego innego będzie w tych kosmetykach szukać. Sama od jakiegoś czasu robiąc przeglądy moich palet do makijażu doszłam do wniosku, że w niemal każdej palecie mam tak, że kilku cieni nie używam w ogóle, albo dotknęłam ich raz… no może dwa. Co jest nieco denerwujące, bo zużywam tylko połowę, a przecież płacę za całość. No i druga sprawa, że jednak najczęściej sięgam po te „nudne” palety. Te, z nudziakowymi kolorami – raz cieplejsze, raz bardziej neutralne – no ale na pewno nie z chłodnymi, bo chłodne beże i brązy wyglądają na mojej cerze jak brud. Na co dzień nie lubię też mega błysków. Jasne, fajnie jak coś tam się na powiece mieni, ale żeby mnie było widać z kosmosu to już raczej nie. Pewnie dlatego moja relacja z wychwalanymi przez wszystkich Turbopigmentami z Glam Shopu jest taka… ambiwalentna. Z jednej strony są piękne – bez dwóch zdań, z drugiej – na co dzień to jednak za wiele. No i mówcie co chcecie, ale one sypią się jak szalone. Nieważne czy nakładam na mokry korektor, glitter primer z NYX czy na sucho – zawsze mam miliony brokatowych piegów na całej twarzy.

No ale nie o turbotach dzisiaj miała być mowa. Znalazłam swój mały ideał do makijażu na co dzień i na wyjazdy. Totalnie! Jest tam matowy beż, jest cień, którym mogę przyciemnić zewnętrzny kącik i jednocześnie blendować załamanie, bo rozciera się idealnie do chmurki i są błyski – subtelne, eleganckie, jaśniejsze i z odrobiną koloru. A wszystko to zamknięte jest w przepięknej plastikowej kasetce z lusterkiem, którego rozmiar nie jest zbyt mały aby go używać na wyjazdach.

Bobbi Brown Jeweled Rose Palette

Tak, to o paletce Jeweled Rose dzisiaj jest mowa. Paletka była dostępna w Douglas, obecnie nie ma jej w sklepie online, ale jeżeli Was zaciekawi warto poszukać jej stacjonarnie. Ja ją w ten sposób kupiłam, bo online wyprzedała się bardzo szybko.

Paletkę mam już jakieś pół roku, bo kupiłam ją chyba pod koniec stycznia i od tego czasu to paletka, po którą sięgam zdecydowanie najczęściej. Ona po prostu ma wszystko to, czego potrzebuję do szybkiego, ale bardzo ładnego i eleganckiego makijażu na co dzień. Zapomnijcie – tu nie ma opcji na szaleństwa. Kolory są stonowane, ale bardzo twarzowe.

W paletce mamy pięć cieni:

  • Stone Cold – matowy beż (mógłby być odrobinę jaśniejszy)
  • Red Rock – drugi mat, ceglasty brąz, który bardzo ładnie można rozcierać
  • Rose Gold – chyba nie muszę opisywać samego koloru, bo nazwa mówi sama za siebie. Jest to cień o wykończeniu Shimmer Wash – ma w sobie odrobinę błysku, ale śmiało można go nałożyć w załamanie powieki.
  • Dusk – to taki rose gold z dodatkiem brązu. Jest to cień metaliczny, ale efekt jak wspominałam wcześniej jest bardzo subtelny.
  • Champagne Quartz – największy cień w palecie, bardzo elegancki szampański beż, który sprawdzi się również jako rozświetlacz. Wykończenie metaliczne.

W idealnym świecie matowy beż byłby odrobinę jaśniejszy, ale i tak jest na tyle jasny, że jestem w stanie go używać, bo nie przyciemnia bardzo mojej powieki. Cienie nie mają jakiejś ogromnej pigmentacji, są na takim dobrym średnim poziomie, co na pewno jest sporym ułatwieniem dla osób, które nie są wprawione w makijażu. Ciężko sobie tą paletą zrobić plamę. Kolor można budować, a przy samej pracy z paletą nie widać osypywania się cieni. Dzięki temu makijaż można wykonać naprawdę szybko kilkoma ruchami i też będzie wyglądał schludnie i będzie trwały! Bo cienie bez problemu trzymają się powieki cały dzień – nie bledną, nie wykruszają się, błyski nie znikają.

Tak jak wspominałam wcześniej – błyski w tej palecie są subtelne. Można je oczywiście wzmocnić np. glitter primerem z NYX ale wciąż nie da się z nimi przesadzić. Jeżeli lubicie naprawdę intensywny błysk, to nie jest paletka dla Was.

Zostawiam Wam na koniec kilka zdjęć zrobionych od razu po zakupie – teraz już tak idealnie nie wygląda, ale jestem miło zaskoczona tym, że nie widać wielkiego zużycia mimo, że męczyłam ją swego czasu dzień w dzień. Teraz siedząc w domu maluję się bardzo rzadko, więc wszystkie moje kosmetyki mają mały urlop 😉