Jakiś czas temu w Warszawie były targi kosmetyków ekologicznych. Poszłam z czystej ciekawości, bo na kosmetycznych targach nigdy nie byłam, a też z kosmetykami naturalnymi, ekologicznymi czy mineralnymi dopiero się poznaję. Nawet naiwnie myślałam, że nic nie kupię, bo głównie chciałam pooglądać, zobaczyć jakie marki mamy w Polsce i co one w sumie oferują. A okazało się, że można kupić dosłownie wszystko – od produktów pielęgnacyjnych, przez makijaż do nawet środków czyszczących!

Ale jak zobaczyłam, że swoje stoisko ma Ministerstwo Dobrego Mydła uznałam, że to znak. Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem podjechania do ich warszawskiego sklepu i kupienia odżywczego peelingu cukrowego do ciała „Śliwka”, a jakoś zawsze było mi nie po drodze. Tym razem nie było wymówek – musiałam go kupić.

Nasłuchałam się i naczytałam o nim już wiele dobrego i wiecie co? Warto było wydać te pieniądze.

Zapach nie z tej ziemi

Wiem, że nie kupuje się peelingów dla zapachu, ale cóż mogę poradzić, że w zapachu tego się totalnie zakochałam. Uwielbiam go do tego stopnia, że czasami w ciągu dnia podchodzę do słoika, odkręcam go i wącham. Zdaję też sobie sprawę, że nawet nieco nadużywam peelingu, bo potrafię rano wmasować go jedynie w przedramiona tylko po to, aby w ciągu dnia czuć tą woń. A pachnie on jak śliwka w czekoladzie! Szkoda, że nie można przez internet „pokazać” zapachu. Uwierzcie mi – jest obłędny i utrzymuje się naprawdę długo. Robiąc peeling podczas wieczornej kąpieli, rano wciąż czuję jego zapach na ciele.

Działanie

Pomijając sam zapach, to działanie peelingu też jest genialne! Przyznam, że jeżeli chodzi o peelingi do ciała używałam tych myjących, które nie mają w składzie olejów. Były to zazwyczaj jakieś balsamy z peelingiem dostępne niemal w każdym sklepie czy drogerii. Generalnie unikałam kosmetyków z olejami, bo trafiałam wcześniej na takie, które pozostawiały na skórze bardzo mocno wyczuwalny film. Miałam wrażenie, że do wszystkiego się kleję, a jak się tylko ubiorę to wszystkie ciuchy będą tłuste…

W przypadku tego peelingu jest zupełnie inaczej. Skóra po jego zastosowaniu jest miękka i jakby obudzona (?). Faktycznie kosmetyk pozostawia delikatny film na skórze za sprawą obecności olejów w składzie, ale nie jest to film sprawiający, że ubranie się klei czy brudzi. Dodatkowo czuć, że skóra jest również lepiej nawilżona i wygładzona. Same dobre rzeczy!

Podstawą peelingu jest nierafinowany cukier trzcinowy, który podczas masażu skóry poprawia krążenie i delikatnie ściera martwy naskórek. Zresztą w składzie produktu znajdziecie same dobre rzeczy z olejem z pestek śliwek, ze słodkich migdałów, z pestek winogron, z awokado, z masłem shea i kakaowym na czele. Muszę zdecydowanie stwierdzić, że jest to miłość od pierwszego wejrzenia.

Muszę się koniecznie zaopatrzyć w zapasowe opakowanie! Dodam, że za 300g peelingu trzeba zapłacić 38zł. Jak dla mnie – cena bardzo spoko. Nie jest to ani kwota zaporowa, ani też nie jest super tanio. Chociaż jak weźmiecie opakowanie do ręki i zaczniecie go używać uznacie, że naprawdę warto te pieniądze wydać bo już po pierwszym użyciu wiesz dokładnie za co płacisz. Peeling dostajemy w szklanym słoiku z minimalistyczną etykietą, na której znajdziemy wszystko – opis, składniki, sposób użycia, a także oznaczenie partii i datę przydatności.

Z ciekawości weszłam na stronę marki i troszkę o niej poczytałam – wiedzieliście, że te wszystkie mydełka są robione ręcznie?! Dziewczyny mają super pomysł na biznes, bo nie dość, że mają fajne produkty to jeszcze pięknie potrafią je pokazać na zdjęciach. Sprawdźcie sami: www.ministerstwodobregomydla.pl