Od ostatniego wpisu o muzyce minęło sporo czasu, bo ponad miesiąc. W tym czasie sporo się w muzyce zadziało, ale dla mnie najważniejsze jest to, że na scenę wróciły Muchy! Ich pierwszy krążek wychodzi ponownie (to już druga reedycja) na vinylu oraz w wersji 2CD wzbogacony o demówkę „Galanteria” oraz nowy kawałek! Kiedy słucham „Obok ulic i miejsc” czuję się jakbym się o 10 lat cofnęła w czasie, naprawdę – ale w pozytywnym znaczeniu. Posłuchajcie, a nie pożałujecie!

Ale o Muchach już w tym cyklu było – czas na pozostałe zespoły warte uwagi! Skoro zaczęłam dziś po polsku, to będą same polskie składy. Łączy ich jeszcze jedna rzecz – wszystkie już zakończyły działalność. Niestety.

UL/KR

Pierwszy projekt, dzięki któremu poznałam twórczość Króla. Wciąż jestem zdania, że to, co powstało po UL/KR już w projekcie solowym, nie ma tylu emocji i takiej magii, którą miało UL/KR, chociaż muszę przyznać, że kawałek „Szczenię” Króla potrafi konkretnie rozłożyć mnie na łopatki. Wracając jednak do duetu Błażeja i Maurycego, doskonale pamiętam ich koncerty, podczas których publiczność była dosłownie zahipnotyzowana – chłopaki przechodziły z kawałka na kawałek nie pozwalając sobie na sekundę przerwy, a zgromadzeni na koncertach ludzie wstrzymywali oddech. Między utworami nie było oklasków, wszyscy byli w transie i nikt nie śmiał nawet się poruszyć aby nie zakłócić tego perfekcyjnego momentu. Moim zdaniem muzycznie to był naprawdę jeden z najlepszych duetów w Polsce, wielka szkoda, że już nie działają w tym składzie.

Bruno Schulz

To grupa, o której koncercie marzyłam od pierwszego usłyszenia. Ciągle jednak mi się to nie udawało, aż dwa lata temu w marcu 2016 chłopaki zagrali w Znajomych Znajomych w Warszawie. Tym razem nie mogłam odpuścić i cieszę się, że tam byłam. Przeżycia z tego koncertu mogę po części porównać z tymi, które towarzyszyły mi na koncertach wspomnianego wyżej UL/KR. Zdjęcia z koncertu wciąż możecie zobaczyć tutaj. Niestety to kolejna formacja, której już nie zobaczymy na scenie – muzycy w marcu poinformowali publiczność, że nadszedł koniec ich działalności. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się ich zobaczyć na żywo choć raz. Jednym z pierwszych utworów, które absolutnie mnie oczarowały, był kawałek pt. „Mandarynki” z debiutanckiej płyty. Później odkrywałam kolejne perełki, kompletnie zatracając się w melodiach i słowach. „Szybki świat”, „Radioactive love” czy „Nowy, lepszy człowiek” – to tylko niektóre z ulubionych.

Kombajn do zbierania kur po wioskach

Zawsze bawiła mnie nazwa tego składu, odkąd pamiętam – usłyszysz i w sumie sam nie wiesz czego się spodziewać. Zespół niestety już nie istnieje, a szkoda. Działalność została zawieszona w 2014 roku, chociaż w planach pojawiły się koncerty – niestety zostały odwołane. Uwielbiam wracać do ich dwóch albumów – „Lewa strona literki M” oraz „Karmelki i gruz”. Mimo że krążki są od siebie zupełnie różne, dla mnie stanowią esencję tego, czym był Kombajn. A to taki zespół, który o niczym nie mówi wprost – w tekstach ich piosenek pełno jest dwuznaczności, zbitek słów czy całych wyrażeń pozornie pasujących do siebie jak pięść do nosa.