Przed zakupem tego podkładu szukałam w sieci informacji na jego temat, porównań kolorów i testów trwałości. Robię tak z każdym makijażowym produktem jaki wpadnie mi w oko, bo łatwiej jest wtedy podjąć decyzję, czy w ogóle warto wydawać na coś pieniądze. Wśród polskich twórców praktycznie opinii i recenzji na jego temat brak. Znalazłam może dwa filmiki zupełnie od dwóch dziewczyn, na których kanały trafiłam po raz pierwszy. Za to całkiem sporo materiałów można znaleźć na zagranicznych kontach i właśnie na podstawie tych filmików postarałam się dobrać odcień i generalnie podjąć decyzję o zakupie. Bardzo szkoda, że u nas tych recenzji brak, bo owszem podkład do najtańszych nie należy, ale zdecydowanie jest to produkt warty naszej uwagi! A mowa o podkładzie marki Bobbi Brown – Skin Long-Wear Weightless Foundation.

Marka, która kusi…

Bobbi Brown jest marką, której produkty bardzo mnie kuszą, ale jednocześnie odstraszają swoimi cenami. Za każdym razem łapię się za głowę widząc ile kosztują choćby pojedyncze cienie tej marki, czy palety. Z drugiej strony, jak weźmie się do ręki taki produkt, to samo opakowanie już pokazuje za co płacimy. Czy to cienie, czy pomadki, czy podkłady zapakowane są w bardzo estetyczne, eleganckie opakowania.

Sama marka powstała w 1991 roku w USA, a założyła ją wizażystka Bobbie Brown wypuszczając swoją kolekcję 10 pomadek w kolorach brązu. To były czasy, kiedy na ustach królowała czerwień, a o pomadkach w odcieniach nude nikt raczej nie myślał. Pomysł na delikatny makijaż, który miał podkreślać naturalne piękno, a nie zakrywać co się tylko da, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Nadal wśród produktów marki nie znajdziemy szalonych kolorów cieni do powiek, czy jaskrawych neonowych pomadek.

Może to właśnie wysokie ceny produktów tej marki sprawiają, że tak mało testów Bobbi Brown można znaleźć na polskim YouTubie? A może marka po prostu nie wysyła paczek PR? A może przez to, że stawia na raczej stonowane barwy jest dla Influencerek nudna? Nie wiem. Za to wiem, że warto tym kosmetykom przyjrzeć się bliżej.

Jest miłość!

Kiedy w salonie MAC uświadomiono mnie, że odkryty przeze mnie całkiem niedawno podkład, który przebił właściwościami uwielbiany przeze mnie podkład Fenty Beauty, zostaje wycofany, bardzo żałowałam, że trafiłam na niego tak późno. Bo zarówno formuła podkładu MAC Prolongwear jak i kolor (NW15) w stu procentach spełniały to, czego w podkładzie szukałam. MAC okazał się być trwalszy od Fenty dlatego zdetronizował mojego dotychczasowego ulubieńca. Nie wiem dlaczego marka postanowiła tak świetny kosmetyk wycofać. Trudno. Zaczęłam szukać zamiennika, bo Fenty uwielbiam, jednak przyznaję, że miałam ochotę na coś nowego.

Moje poszukiwania zbiegły się w czasie z promocją -20% na podkłady w drogeriach Douglas oraz z momentem, w którym dostałam do nich kartę podarunkową. Wytypowałam kilku kandydatów, ale w końcu wybór padł na Bobbi Brown. I to był najlepszy wybór pod słońcem.

Już po pierwszej aplikacji podkładu byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym, jak ładnie podkład wtopił się w skórę i jak lekko na niej wygląda. Postanowiłam jednak nie chwalić dnia przed zachodem i poczekać jak będzie wyglądać jego trwałość w ciągu dnia, bo od razu po nałożeniu twarz wyglądała genialnie. W ciągu dnia co jakiś czas sprawdzałam stan mojej twarzy w lustrze i sama nie wierzyłam w to co widzę. Moją najbardziej problematyczną strefą jest strefa T w szczególności nos, jego okolica i broda, które przetłuszczają się okrutnie. Tu okazało się, że tego sebum jakoś szczególnie nie widać. Podkład nie ma super matowego wykończenia i połączony z pudrem Kat Von D Lock It daje ładny, lekko satynowy efekt i ten efekt trzymał się dobre 8-9 godzin. Dopiero po tym czasie zauważyłam, że wokół nosa zaczynam się lekko wyświecać – lekko (!!!). Specjalnie nie zbierałam sebum i nie pudrowałam twarzy, bo byłam ciekawa co będzie jak wrócę po pracy do domu. Po ponad 12 godzinach w podkładzie Bobbi Brown na twarzy wyglądałam lepiej niż po niejednym podkładzie w połowie dnia. Oczywiście pojawiło się na nosie, jego okolicach i na brodzie sebum, ale ten poziom wyświecenia się był akceptowalny. Podkład nie zebrał się w liniach uśmiechu, nigdzie się nie zważył, nie migrował na twarzy. Wielkie wow.

Kolejnego dnia, postanowiłam go po tych 8-9 godzinach lekko poprawić – to już w ogóle sprawiło, że wracając do domu wyglądałam jakbym makijaż miała na sobie nałożony całkiem niedawno, a nie ponad 11 godzin wcześniej.

Trzeci dzień utwierdził mnie w przekonaniu, że jest między nami miłość, kiedy podczas delikatnego wydmuchiwania nosa w ciągu dnia podkład nie ścierał się za bardzo z niego – delikatnie tylko zszedł za którymś już dmuchaniem z okolic skrzydełek nosa, ale nie byłam (jak zwykle w takich sytuacjach) czerwononosym reniferem. Jasne, że starałam się nie trzeć chusteczką i przykładać ją do nosa jak najdelikatniej, ale niezależnie od podkładu, zawsze staram się tak działać aby jak najmniej naruszyć makeup.

Konsystencja, opakowanie, kolory…

Podkład otrzymujemy w czarnym kartoniku z bardzo prostym logo marki. Kiedy wyciągamy podkład z opakowania czujemy za co płacimy – szklana, matowa buteleczka, solidna zatyczka, pompka. Opakowanie jest minimalistyczne i eleganckie – jak wszystko pochodzące od tej marki.

Podkład ma żelową konsystencję i lekki ziołowy zapach. Przez ten zapach, podczas aplikacji mam wrażenie, że nakładam jakiś pielęgnacyjny krem na twarz, a nie podkład. Ja go nakładam tradycyjnie Beauty Blenderem i daje to naprawdę ładny, naturalny efekt. Podkład ma mocne średnie krycie z możliwością dobudowania go do pełnego, a po aplikacji pozostaje lekko lepki. Trzeba z nim pracować partiami, albo dość szybko, bo zastyga.

Ładnie łączy się z kremowymi produktami do konturowania (Fenty Beauty), korektorami różnych marek (Too Faced, Fenty, Benefit) oraz pudrami (Kat Von D, Golden Rose, Dr Irena Eris).

Kolor dobierałam online i prawie mi się udało – posiłkowałam się zagranicznymi recenzjami i stroną „findation”, na której można odszukać swój odcień podkładu na podstawie tego, jaki używamy obecnie i postawiłam na Ivory – teraz wiem, że bardziej pasowałby mi Warm Ivory, ale nie jest źle – podkład jest delikatnie zbyt neutralny, co można łatwo skorygować bronzerem.

Generalnie zaskoczył mnie wybór odcieni, bo jest naprawdę sporo jasnych podkładów, nawet zbyt jasnych dla mnie, co zazwyczaj było rzadkością.

Tu możecie zobaczyć jego porównanie z innymi podkładami. Od lewej: Bobbi Brown odcień Ivory, Fenty Beauty kolor 140, MAC Prolongwear NW15, Smashbox Studio Skin Full Coverage 0.3

Totalny hit!

Wiem, że w tej mojej recenzji jest ogromna ilość pozytywów, ale naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Jedynym minusem tego podkładu jest cena… W regularnej sprzedaży za buteleczkę o pojemności 30ml trzeba zapłacić 209zł (!!!) – fortuna. Dlatego warto na niego polować na promocjach, bo jednak ponad dwie stówki za podkład to bardzo dużo. Bez promocji i bez karty podarunkowej, nie wiem czy bym po niego sięgnęła.

Mimo zaporowej ceny… kurcze, warto! Już wiem, że jest to mój nowy ulubieniec i nawet nie będę ronić łez za wycofanym Prolongwear’em. Cały czas zachodzę w głowę dlaczego tak mało jest u nas recenzji tego podkładu – każdy wspomina gdzieś w filmach o MAC, o Double Wear od Estee Lauder, ale nic na temat podkładów Bobbi Brown. A to jest genialny podkład! Idźcie po próbkę i sprawdźcie sami – jeżeli szukacie podkładu lekkiego, a zarazem kryjącego i długotrwałego, to będzie strzał w dziesiątkę!

A tak wygląda na mojej twarzy. Dla ciekawych: makijaż oczu – paletka Kwitnąca Wiśnia z Glam Shopu we współpracy z Agnieszką Janoszką, eyeliner – Wibo & Katosu, tusz do rzęs – Hourglass, usta – Bobbi Brown Crushed Liquid Lip w kolorze Lychee Baby, podkład Bobbi Brown, puder – Dr Irena Eris, bronzer – Becca Bali Sands, róż – Hourglass Mood Exposure, brwi – kredka Golden Rose