Postanowiłam nazwać ten wpis tak ogólnie, ponieważ chcę Wam pokazać kosmetyki do pielęgnacji twarzy, które aktualnie używam lub niedawno zdenkowałam, a które się sprawdziły. I to bardzo się sprawdziły – na tyle, że z niektórymi z nich nie mam zamiaru się rozstawać.

Może to dobry moment aby dodać, że nie jestem specjalistą jeżeli chodzi o składniki aktywne – można powiedzieć, że „liznęłam” nieco wiedzy, którą można znaleźć bez większych problemów wpisując nazwę danego kosmetyku czy składnika w wyszukiwarkę, więc nie znajdziecie u mnie analiz składu, itp. Powiem co u mnie działa i jak działa 🙂

The Ordinary

Jak możecie zauważyć na zdjęciu, The Ordinary mocno zawładnęło moją pielęgnacją.

Zacznę od produktu, który już chyba każdy zna, czyli tzw. „krwawego peelingu” – to peeling kwasowy AHA 30% + BHA 2%, który swoją nazwę zawdzięcza czerwono-krwistej barwie. Uprzedzam, że jest to naprawdę mocny peeling – mało które specyfiki sprawiają, że czuję na twarzy pieczenie, bo mam dość grubą skórę mieszaną z tłustą strefą „T”, a ten peeling naprawdę piecze. Zdecydowanie odradzam go osobom z delikatną i wrażliwą skórą twarzy, ale jeżeli macie skórę podobną do mnie to jest to totalny must have! Peeling jest super wydajny i używam go mniej więcej 1 raz w tygodniu, czasem 2 razy. Znalazłam jednak dla niego jeszcze inne zastosowanie – jest to genialny produkt na niedoskonałości. Takie wiecie… jak dopiero co się coś pojawia i wiecie, że to jest ten typ „stefana”, który przerodzi się w wulkan w ciągu kolejnych dwóch dni. Po nałożeniu tego peelingu punktowo na taką zmianę (trzymamy go max 10 minut) w 90% przypadków wulkan się nie pojawia i „stefan” znika. Polecam sprawdzić go pod tym kątem bo u mnie sprawdza się świetnie!

Kolejne dwa produkty działają u mnie bardzo podobnie. Jeden już skończyłam, w drugim jestem w połowie buteleczki. Mowa o serum z kwasem salicylowym (Salicylic Acid 2% Solution for Blemish-Prone Skin) oraz serum z niacynamidem (Niacinamide 10% + Zinc 1%) – oba świetnie pomagają w wygajaniu wszelkich niedoskonałości i mam wrażenie, że lekko rozjaśniają skórę. Stosuje je pod krem na noc – nie lubię nakładać dużej ilości pielęgnacji pod makijaż, więc jest to dla mnie naturalna pora na aplikowanie tego typu produktów.

I już ostatni produkt z The Ordinary – Granactive Retinoid 2% Emulsion, czyli serum-emulsja z 2% retinoidem. Oczywiście nie łączymy retinoidu ani ze wspomnianym krwawym peelingiem, ani z kosmetykami z kwasami – ja używam tych kosmetyków wymiennie w zależności od tego, co moja skóra obecnie potrzebuje, albo co jej chce dać. Nie używamy też retinoidów latem, bo możemy sobie zafundować przebarwienia. Efektów stosowania tego serum-emmulsji nie widać od razu, ważna tu jest regularność. Mam jednak wrażenie, że widzę po 2-3 miesiącach, że skóra się nieco mniej przetłuszcza oraz, że niektóre blizny po niedoskonałościach oraz drobne zmarszczki (tak, to już ten wiek) ulegly spłyceniu. To nie jest tak, że one zniknęły i mam skórę jak niemowlak, ale jest lepiej. Minusem jest tu zapach produktu – przynajmniej mnie nieco drażni. Generalnie kosmetyki The Ordinary nie rozpieszczają nas zapachami, ale no przyznajmy – nie to mają robić 😉

Ministerstwo Dobrego Mydła

Miłość do produktów Ministerstwa zapoczątkował peeling cukrowy śliwka, który mam i chętnie używam jak mam dla siebie nieco więcej czasu. To jest produkt o tak pięknym zapachu, że czasem podchodzę do słoiczka peelingu, odkręcam go, wącham, zakręcam i odstawiam. Po chwili… znów podchodzę…

Na fali tego cudownego zapachu kupiłam też sztyft śliwka – polecam wszystkim osobom, które mają problem z suchymi łokciami lub dłońmi, bo sprawdza się świetnie. Ale nie o tych produktach będziemy dzisiaj mówić.

Nie wszystkie produkty Ministerstwa pachną tak pięknie jak wspomniany peeling – do tych mniej przyjemnych zapachów należy Hydrolat Oczarowy. Naprawdę musiałam się do niego przyzwyczaić, bo po pierwszym psiknięciu nim w twarz chciałam go wylać. Na szczęście tego nie zrobiłam, bo to hydrolat, który genialnie koi skórę.

Jednak moim hitem totalnym z Ministerstwa jest jedna z ich nowości – krem do twarzy „Konfitura róża-malina”. To jest krem pachnący tak przepięknie, tak cudownie, że niestety się go ewidentnie nadużywa. U mnie skutkowało to szybszym wykończeniem tych 30ml samego dobra. Krem jest raczej lekkiej konsystencji, nie pozostawia tłustej warstwy i dość szybko się wchłania. Jeżeli nie lubicie zapachu róży – bez obaw, ten zapach bardziej przypomina zapach pączków z malinową konfiturą. Wiem, dziwne porównanie, ale tak mi głowa podpowiada. Totalnie się w tym kremie zakochałam, podoba mi się zapach, działanie, konsystencja, opakowanie – totalnie kupię ponownie i chyba nawet razem z serum o tym samym zapachu.

W przypadku Ministerstwa warto wspomnieć o jeszcze jednej ważnej rzeczy – ich kosmetyki w znakomitej większości są zapakowane w papier lub szkło.

Kiehls

Długo szukałam kremu pod oczy dobrego dla mnie. Próbowałam Nacomi, który wszyscy naokoło polecają – nie dla mnie. Próbowałam kremów o konsystencji żelowej tych z niższej półki cenowej i tych z Sephory – nie dla mnie. W końcu uznałam, że muszę spróbować kremu z Kiehls’a.

Creamy Eye Treatment z awokado część osób uwielbia, a część mówi, że krem nic nie robi na ich skórze. Ja należę do tej pierwszej grupy. To pierwszy krem, który nie powoduje u mnie łzawienia oczu, jest bardzo wydajny, bo naprawdę niewielka ilość daje mi poczucie dobrego nawilżenia skóry. Stosuję go tylko na noc, bo na dzień jest dla mnie zbyt treściwy pod korektor, ale od kiedy stosuje go regularnie nie mam problemu ze skórą pod oczami. Jest nawilżona, odżywiona, bardziej napięta, makijaż nie wygląda w tej okolicy sucho mimo, że tak jak wspomniałam, bezpośrednio pod makijaż go nie nakładam.

Konsystencja jest dość treściwa i zauważyłam, że o wiele lepiej się go wklepuje opuszkami palców. Przy chęci „rozsmarowania” go na skórze staje się jakby tępy? Ciężko to wyjaśnić, ale tym lepiej, bo skóry w okolicach oczu nie powinniśmy trzeć. Po wklepaniu pozostawia po sobie przez jakiś czas tłusty film. Tego w nim nie lubię, ale wybaczam za efekty jakie widzę. Zdecydowanie po zdenkowaniu zaopatrzę się w większą pojemność.

Tak wygląda moja obecna pielęgnacja – wszystkie wymienione produkty lądują u mnie na twarz na noc od razu po demakijażu i oczyszczeniu skóry. Zazwyczaj stosuje hydrolat, jedno serum spośród wymienionych, na to krem i na koniec krem pod oczy. I tak naprawdę poza niedoskonałościami związanymi z hormonami (czyli pojawiającymi się w „te dni”) nie mam większego problemu ze skórą, a nie zawsze tak było. Pewnie spora zasługa leży również po stronie szczoteczki Foreo, którą nieprzerwanie, regularnie, codziennie używam od prawie półtorej roku, bez której czuję się jakby moja twarz nie była umyta w pełni.

Znajdują się tu produkty z różnych półek cenowych – kosmetyki The Ordinary to zazwyczaj produkty w cenach 30-50zł, hydrolat z Ministerstwa kosztuje 26zł, ich cudowny krem to już większy wydatek bo kosztuje on 92zł. Najdroższy jest jednak krem pod oczy – opakowanie zawierające 14ml produktu kosztuje aż 119zł, jednak patrząc na jego wydajność, moim zdaniem totalnie warto.

A czego wy używacie w swojej pielęgnacji?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.