Wiem, mało piszę, ale ta cała okołopandemiczna sytuacja nie ułatwia – mam przygotowane szkice kilku wpisów, jednak w świecie wszechobecnych maseczek zakrywających pół twarzy, wpisy te nieco się zdezaktualizowały… Więc… pogadamy o kwiatkach!

Wszyscy znajomi już chyba wiedzą, że ozieleniałam. W ciągu roku pojawiło się w naszym mieszkaniu kilka nowych roślin… No kilkanaście.

No dobra! Tak na prawdę 100+

Złapałam zielonego bakcyla, ale powiem Wam, że dbanie o roślinki i ich doglądanie bardzo potrafi mnie uspokajać i w jakiś sposób relaksować. Nie sugerujcie się tym, że ktoś Wam mówi, że trzeba mieć „rękę do roślin”. Nieprawda, aby sobie poradzić z roślinami trzeba po prostu:

  • WIEDZIEĆ jaką roślinę się kupuje – w sensie dopytać sprzedawcę (jeżeli kupujemy stacjonarnie) jak się dana roślina nazywa. Przy zakupach online jest łatwiej, bo wszystko mamy ładnie opisane na stronie sklepu. Dzięki temu, że znamy nazwę naszej roślinki, możemy bardzo łatwo wyszukać jakie będzie mieć wymagania jeżeli chodzi o jej uprawę – czy powinna stać w jasnym miejscu, czy zacienionym, jakie lubi podłoże, czy powinna mieć zapewnioną wyższą wilgotność powietrza, itp.
  • SZUKAĆ informacji o tym, o czym wspomniałam już wyżej – czyli o wymaganiach konkretnych gatunków roślin. Inne warunki powinniśmy zapewnić kaktusowi, a inne begonii. Naprawdę wujek Google ma ogromną wiedzę w temacie, ale nie sporo informacji znajdziecie również na grupach tematycznych na Facebooku. Jak wiecie, że nie jesteście w stanie zapamiętać jak się daną roślinką zaopiekować – zapiszcie to sobie i przyczepcie taką karteczkę np. na lodówce. Jeżeli chodzi o podlewanie, polecam ustawić sobie przypomnienie cykliczne w kalendarzu o tym, aby sprawdzać czy roślina potrzebuje już podlania, czy jeszcze nie.
  • OBSERWOWAĆ roślinę jak już ją mamy w domu. Może się okazać, że na szafce w głębi pokoju będzie jej jednak za ciemno, albo, że parapet jest mocno nasłoneczniony i liście zaczynają się przypalać od słońca. Mało która roślina lubi jak się ją postawi i o niej zapomni (szczególnie o podlewaniu) – są takie (nie powiem, że nie) ale jednak trzeba na naszych zielonych mieszkańców zwracać nieco większą uwagę. Szczególnie jeżeli dopiero zaczynamy się wkręcać w zieloną przygodę.

Na początek tyle starczy i zobaczycie, że to naprawdę nie jest takie trudne jak się wydaje i jak niektórzy opowiadają. Są oczywiście rośliny, które nie są polecane osobom początkującym, bo wymagają większej uwagi, ale nie jest powiedziane, że początkujący roślinoholik sobie z nimi nie poradzi! To wszystko kwestia determinacji i nastawienia.

Kiedyś na którejś grupie na FB przeczytałam mądrą radę w odpowiedzi na pytanie jaka roślina będzie dobra na początek. Słusznie ktoś podpowiedział, że najlepsza będzie taka jaka się wizualnie bardzo podoba. Coś w tym jest, bo przyznaję, że ja tak mam, że o rośliny te „wymarzone” dbam jakby bardziej. Częściej do nich zaglądam – czy wszystko ok, czy nie mają szkodników, czy nie trzeba ich podlać.

Jedyne co, to polecam nie zaczynać od roślin drogich, kolekcjonerskich, bo trzeba gdzieś z tyłu głowy mieć myśl, że jednak możemy nie do końca sobie poradzić z zadaniem jakie ona przed nami stawia. Strata kilkuset złotych jakie musieliśmy za nią zapłacić będzie boleć zdecydowanie bardziej niż kilkudziesięciu złotych za roślinkę dostępną powszechnie. I tak wiem, modne są obecnie wszelkie rośliny z variegacjami i jeżeli już bardzo chcecie spróbować swoich sił w starciu z nimi to dobrym pomysłem będzie na początek Syngonium Emerald Gem – sadzonkę do ukorzenienia można kupić już poniżej stówki jak się dobrze poszuka, a faktycznie większych problemów w uprawie ten gagatek nie sprawia, a nawet całkiem szybko się ukorzenia.

Jakbyście mieli jakieś pytania, piszcie śmiało 🙂