Znacie markę Pat McGrath Labs? Ja długo nie wiedziałam, co to za marka, kto za nią stoi, aż nie wpadłam na kilka wzmianek o jej kosmetykach na amerykańskim YouTubie. Zaczęłam szukać, czytać, drążyć i… interesować się nią co raz bardziej bo historia Pat naprawdę inspiruje.

Pat McGrath to genialna wizażystka pochodząca z Wielkiej Brytanii, której kariera potoczyła się w ekspresowym tempie – teraz Pat ma 54 lata i nazywana jest „matką makijażu” oraz „najbardziej wpływową wizażystką świata” (w ubiegłym roku magazyn Forbes umieścił ją na liście stu najbardziej wpływowych osób na świecie). W latach 90′ pracowała dla Giorgio Armaniego, potem została dyrektorem kreatywnym w Procter and Gamble, tworzyła linie beauty dla Dolce and Gabbana i Gucci oraz pomogła zmienić wizerunek i wypromować produkty takich marek jak Max Factor czy Covergirl. Własną markę rozwija od kilku lat, a jej kosmetyki należą do tych bardziej luksusowych. Dla naszego polskiego portfela nie są one zbyt przyjazne – ceny pomadek oscylują w okolicach 160 PLN, ceny pełnowymiarowych palet do oczu zaczynają się w okolicach 250-300 PLN (palety poczwórne) – największe palety zawierające 10 cieni (seria Mothership) potrafią kosztować po 500 PLN za sztukę. Ale nie będę już się bardziej o historii marki rozpisywać – jeżeli chcecie poznać ją lepiej to wiele więcej informacji znajdziecie na stronie marki (klik) – przejdźmy do konkretów!

Fart

Na produkty Pat McGrath spoglądałam z ciekawością od jakiegoś czasu jednak nie były one dostępne w naszych sklepach poza internetowymi, które specjalizują się w sprowadzaniu kosmetyków ze Stanów. Ku mojemu zdziwieniu przed świętami pojawiły się dwie mini-paletki od Pat w naszej Sephorze, nawet byłam gotowa je kupić póki nie zobaczyłam na żywo jak miniaturowe są zawarte w nich cienie. Doszłam do wniosku, że nie warto – jak już wydawać to na pełnowymiarowy produkt, a tego u nas jeszcze nie ma. Dodatkowo przejdźcie się do Sephory zobaczyć jak liche jest opakowanie tych cieni – zupełnie nie pasuje ono do wizerunku marki i tego jak starannie wykonane są opakowania pełnowymiarowych produktów.

Obecnie do paletek w Sephorze dołączyły zestawy mini pomadek i mini błyszczyków jednak Sephora robi niemałą przebitkę cenową na każdym z produktów – przykładowo za trio mini pomadek w Sephorze trzeba zapłacić 145 PLN, a na stronie Pat kosztują one 99 PLN. Oczywiście trzeba liczyć się z kosztami przesyłki chyba, że traficie jak ja na dzień z darmową wysyłką.

Traf chciał, że prócz darmowej przesyłki (międzynarodowa!!!), w dniu w którym odwiedziłam stronę Pat kilka z produktów było w naprawdę fajnych cenach – w tym pomadki po 41 PLN za sztukę! Udało mi się kupić dwie (czyli wszystkie kolory, jakie były jeszcze dostępne) z serii LuxeTrance. Seria ta to pomadki o kremowym wykończeniu, ale przedłużonej trwałości. Kolory jakie posiadam to 406 Valletta oraz 424 Madame Greige.

Długo czekałam na samą przesyłkę, bo równe 1,5 miesiąca, ale kiedy przesyłka do mnie dotarła totalnie wiedziałam, że było warto – zarówno wydać te 82 PLN jak i cierpliwie czekać.

Pomadki przyszły w kartonie wypełnionym czarnym, błyszczącym confetti. Każda z pomadek zapakowana jest przepiękny, solidny kartonik zamykany na typowe dla Pat zamknięcie ze sznureczkiem. W środku kryje się pomadka w pięknym, bardzo ciężkim opakowaniu ze złotymi ustami. Już dla samego opakowania warto te pomadki mieć w swojej kolekcji nawet w celach typowo kolekcjonerskich 😉

Użyłam tych pomadek na razie tylko raz jednak już mogę powiedzieć, że formuła tych produktów jest zupełnie inna od wszystkich pomadek, które znam. Są one kremowe, jednak na ustach lekko się lepią i są na nich wyczuwalne. Konsystencja przypomina mi połączenie pomadki tradycyjnej z płynnymi pomadkami z serii Matte Ink. Zadziwiła mnie ich trwałość, bo nosiłam ją ładnych kilka godzin i tylko delikatnie zjadła się od wewnętrznej strony. Usta się nie przesuszyły, a wręcz przeciwnie – czułam, że pomadka stworzyła na nich ochronno-nawilżającą warstwę.

Jeżeli chodzi o odcienie, jak wspominałam, nie miałam wielkiego wyboru, bo to były jedyne dwa dostępne. Na szczęście odcień Valletta to piękny koralowy nudziak, który bardzo ładnie pasuje do mojej karnacji. Madame Greige cudnie wygląda w opakowaniu, jednak na moich ustach wypada mocno trupio – ma w sobie sporo fioletowo-szarych podtonów, a to nie są kolory które do mnie pasują. Mimo wszystko nie mam zamiaru jej nigdzie oddawać/sprzedawać – z chęcią zostawię ją jako ozdobę mojej pomadkowej kolekcji.

Warto?

Czy warto wydać 160 PLN na tę pomadkę?

Mam mieszane uczucia – jednak w przypadku pomadek wydatek rzędu 100 PLN jest trudny do uzasadnienia, skoro dobrej jakości pomadki dostaniemy choćby w MAC. Warto więc polować na promocje i wyprzedaże, bo jak widać, można sporo na tym zaoszczędzić 🙂

Teraz zarzucę Was zdjęciami – no bo zobaczcie jak piękne są to cudeńka!