Przyznaję się. Oszalałam.

Oszalałam na punkcie roślinek. Ostatnio Wam wspominałam o trzech nowych kwiatkach, które kupiłam sobie online. Jeżeli ktoś z Was obserwuje mnie na Instagramie (a szczególnie jak ktoś patrzy na stories) to dobrze wiecie, że sporo się nowego w naszym mieszkaniu pojawiło.

A to pojechaliśmy „rozejrzeć się” na giełdę kwiatową (bach – trzy nowe wracają z nami), a to pojechaliśmy kupić kwiatka na prezent, na dzień mamy (to drugi do domu od razu też wjechał). Potem udało mi się wygrać kartę podarunkową do sklepu ogrodniczego… No mówię Wam, zazieleniło się w tym mieszkaniu!

Razem ze „starą” gwardią roślinek obecnie w jednym pokoju mamy ich w sumie… 30.

To co, mały update? 😉

Nowe, nowe, nowsze!

Postaram się te kwiatki opisać w miarę sprawnie i za bardzo się o nich nie rozpisując – jak Was jakikolwiek gatunek zainteresuje bardziej to serio – Google nie gryzie 😉

Zaczęło się od wycieczki na giełdę kwiatową na ulicy Bakalarskiej w Warszawie. Kiedy pojechaliśmy na nią, nie było akurat wielu sprzedawców na miejscu, zdecydowana większość miała kwiaty cięte, ale udało się coś ładnego wypatrzeć.

  • Syngonium „Arrow” (Zroślicha) – piękna roślinka z liśćmi w kształcie strzały. Wiem, że odmian Syngonium jest cale mnóstwo, moja ma ciemne brzegi liścia i pięknie wybarwione na jasno nerwy i środki blaszki liściowej. Wygląda super!
  • Maranta leuconeura „Fascinator Tricolor” – no jak zobaczyłam te liście wiedziałam, że muszę ją mieć w domu! Maranta jest pnączem (czego u mojej jeszcze nie widać) i bardzo szybko rośnie. Mam ją jakieś trzy tygodnie, a ona zdążyła puścić około 5 nowych liści, więc chyba jej tu dobrze.
  • Ctenanthe oppenheimiana „Compactstar” – tu w ogóle kupiłam roślinkę, która była podpisana Calathea, ale bez wskazania konkretnej odmiany. Była już duża (około 60cm wysokości) i bardzo gęsta. Poszperałam w internecie i okazało się, że nie jest to Calathea, a roślinka pochodząca z tej samej rodziny. No ale nie płaczę z tego powodu, bo podoba mi się wizualnie 🙂 Mniejsza o to jak się będzie nazywać 😉

Zarówno Maranta jak i Compactstar to rośliny „modlitewne” więc w ciągu dnia opuszczają swoje liście, aby przy zachodzie słońca podnieść je do góry. Super się ten proces obserwuję i poważnie myślę nad jakimś filmem poklatkowym z zarejestrowanym tym procesem.

Kolejną zdobyczą, którą w sumie kupił mi Radek jest odmiana monstery ze sklepu My Little Forrest. Sklep mieści się na warszawskim Żoliborzu, jak szukacie fajnych roślinek i od razu porad dotyczących ich pielęgnacji to polecam się tam wybrać. Pani właścicielka jest przemiłą osobą, z którą jak zaczniecie gadać o roślinkach to nie wyjdziecie ze sklepu.

  • Monstera Adansonii „Monkey Mask” – tu od razu poprawiam nazwę, bo wiem, że jak wrzucałam roślinkę na stories podpisałam ją jako Monstera Obliqua, bo tak też była podpisana na doniczce. Jednak w moim szale roślinkowym zaczęłam oglądać filmy na YouTube Kaylee Ellen, która prowadzi sklep z rzadkimi roślinami. W jednym ze swoich filmów omawia ona różnice pomiędzy Monsterą Adansonii a Monsterą Obliqua, tłumacząc też jak rzadkim gatunkiem jest Monstera Obliqua i jak wiele osób mylnie używa jej nazwy. Obliqua to taki trochę botaniczny jednorożec jeżeli chodzi o jej dostępność 😉

Znajoma na Instagramie poleciła mi również sklep Zielona Łodyga, którą znajdziecie w Centrum Praskim Koneser, no i… nie mogłam tam nie zajrzeć! Pojechałam tylko się „rozejrzeć” co mają i wyniosłam dwa cudeńka! Na zdjęciach poniżej jeszcze bez swoich osłonek, ale obecnie już każda została wyposażona 🙂

  • Hoya Carnosa „Tricolor” – bardzo wdzięczna roślinka z pięknymi kremowo-różowymi przebarwieniami na liściach. W tym tygodniu zaczęła wypuszczać nowe liście i nowe pędy. Mam już jedną Hoyę, która rośnie jak szalona, jest opleciona na drabince i dodatkowo zwisa z doniczki niemal ją zasłaniając. Tę nową chcę uprawiać jako roślinkę wiszącą – zobaczymy co z tego wyjdzie 😉
  • Philodendron Birkin – jest przepiękny. Jego cena potrafi porządnie zaskakiwać, bo są sklepy, które mają go nawet po 100zł (!!!) – mój o ile dobrze pamiętam kosztował 45zł. Dodatkowo to okaz z już widocznymi białymi liśćmi, a potrafią być takie, które wszystkie liście mają ciemnozielone. A to przecież właśnie w tych gęstych białych liniach na blaszce liścia cały jego urok!

Doszliśmy w końcu do karty podarunkowej – nie ważne co to był za konkurs, ważne, że udało się zdobyć kartę do sklepu Flora Point w Warszawie na 200zł! No, było co wydawać na te kwiatki.

Jeżeli nie znacie tego sklepu, to polecam, bo mają naprawdę spory wybór w całkiem przyjaznych cenach, pamiętajcie jednak aby pod żadnym pozorem nie jechać tam w sobotę. My pojechaliśmy i… dramat. Zero miejsca na parkingu, przed sklepem kolejka, w sklepie mnóstwo ludzi. Zdecydowanie lepiej pojechać tam w środku tygodnia.

Mimo tłoku udało mi się upolować całkiem ładne roślinki!

  • Scindapsus Pictus Trebie – na niego „polowałam” najbardziej i miałam ogromną nadzieję, że będzie dostępny. Ma cudowne ciemnozielone liście ze srebrzystymi przebarwieniami. Udało się, były dwie sadzonki, więc nawet mogłam wybrać. Chcę go uprawiać jako roślinę wiszącą, więc wiadomo – wzięłam tę z dłuższym pędem!
  • Zamioculcas Zamiifolia – chyba każdy zna tę roślinkę, ale niekoniecznie może kojarzyć jej nazwę. W pierwszej kolejności chciałam mieć odmianę Raven, która ma ciemne, prawie czarne liście, ale no… fotografia kłamie. Na zdjęciach w sieci prezentuje się on o wiele ładniej niż na żywo. Postanowiłam więc zaopatrzyć się w normalną jego wersję. Plus, że jest to roślina bardzo odporna na błędy w pielęgnacji i ciężko ją „zabić”. Dobrze też poradzi sobie w półcieniu, a u mnie szukałam czegoś co będzie raczej daleko od okna.
  • Aglaonema „Maria Christina” – nie planowałam kupna tej roślinki, ale kiedy zobaczyłam jej piękne zielono-srebrzyste liście nie mogłam jej zostawić. Jest bardzo gęsta i obecnie zaczęła wypuszczać nowe listki, więc szok po przeprowadzce minął!
  • Opuntia Microdasys „Albata” – rodzajów Opuncji jest mnóstwo, ale przyznam, że szukałam właśnie tej z białymi „włoskami”, bo wizualnie podoba mi się najbardziej. Nie mam tylko dla niej odpowiedniej osłonki, jest włożona na razie w osłonkę do… świeczek. Trzeba coś jej kupić 😉
  • Fitonia – tu nie napiszę Wam dokładnie jakie odmiany wzięłam, bo wyrzuciłam doniczki produkcyjne po przesadzeniu, a na nich były dokładne nazwy. Generalnie wzięłam trzy, aby wsadzić je w jedną wspólną doniczkę.
  • Stromanthe Sanguinea „Magic Star” – wiem, że bardziej pożądana wśród ludzi jest różowa odmiana tej roślinki, ale kiedy zobaczyłam tę na żywo, uznałam, że biorę. Zdjęcia nie oddają uroku tej rośliny. Jej liście z zewnątrz są zielono-białe (trochę jak u tej Monstery Thai Constelation), a na spodzie mamy purpurę! Roślina ta również należy do rodziny roślin „modlitewnych” i nawet nie zdajecie sobie sprawy jak genialnie wygląda przy zachodzie słońca, kiedy światło podświetla liście. Kosmos. Bardzo się cieszę, że ją wzięłam mimo, że ma kilka zdeformowanych liści – nowe rosną już proste 🙂

Do roślinek wzięłam ekstra osłonkę, bo wiedziałam, że mi zabraknie i w sumie wydałam praktycznie całe dwie stówki. Ale jak patrzę na moje regały i półki, to warto było.

Tu myślałam, że zakupy roślinne skończę, ale jednak nie. Pojechaliśmy do sklepu ForRest na warszawski Mokotów, bo w sumie niedługo mam imieniny, a nowa roślinka z tej okazji to bardzo dobry pomysł!

  • Ficus Triangularis Variegata „Sweetheart” – ta przecudna odmiana Ficusa ma liście w kształcie serca! Wygląda niesamowicie, a przyznaję, że wszystkie odmiany roślin z białymi lub różowymi wybarwieniami sprawiają, że moje serduszko zaczyna szybciej bić.

Ficusy niestety nie lubią za bardzo zmiany miejsca, ten w odmianie „Sweetheart” potrzebuje również sporo światła (ale nie bezpośredniego). Po przyjeździe do domu zaczął zrzucać liście. Nie w wielkich ilościach, ale tak 1-2 dziennie zawsze znajdowałam pod doniczką. Nie było też widać żadnych nowych listków i zaczęłam się martwić, że roślinka mi umrze. Sporo szukałam w sieci informacji o pielęgnacji tego konkretnego Ficusa, ale jest tego bardzo mało. Jednak kryzys wydaje się być chwilowo opanowany, bo dosłownie kilka dni temu zaczęły się na pędach pojawiać nowe małe listki – więc widać światełko w tunelu!

Obok mojego Ficusa „Sweetheart” widzicie moją ostatnią zdobyć upolowaną całkiem przypadkiem! No ale kto by pomyślał, że tak piękne roślinki można znaleźć w… Biedronce!

Serio, poszłam ostatnio na szybkie zakupy śniadaniowe, a że jakoś dziwnie obudziłam się dość wcześnie i nie moglam już usnąć, to w tej Biedronce byłam jakoś w okolicach 7:30. Akurat tego dnia do naszej osiedlowej Biedronki (w sumie to jednej z pięciu na osiedlu) przyszła dostawa kwiatów doniczkowych. Było tego naprawdę sporo, w oko wpadło mi kilka, ale jedną wiedziałam od razu, że zabieram ze sobą.

  • Schefflera Arboricola „Melanie” – samych drzewek Schefflera było chyba pięć, ale tylko jedne jedyne miało te przecudne kremowe wybarwienia! Obejrzałam dokładnie roślinkę w sklepie – wydaje się być zdrowa, bez żadnych pasażerów na gapę. Jedyne co, to była przelana do tego stopnia, że na ziemi zaczynała rozwijać się pleśń. Uznałam, że zaryzykuje z nadzieją, że korzenie są ok. Piękna, prawda?

Od razu po przyjściu do domu wzięłam się za jej przesadzenie, po oczyszczeniu korzeni z ziemi okazało się, że są one w genialnym stanie, bez żadnych zmian chorobowych czy pleśni. Więc tak za 13zł powiększyła się nasza roślinna rodzinka.

To tyle z moich nowości – wiem, nazbierało się tego od groma. Obecnie razem z moją „starą gwardią” na parapecie roślinek w pokoju mam trzydzieści (a już jedzie do mnie numer 31…). Bardzo chciałabym mieć więcej miejsca na nowe okazy, ale chyba trzeba lekko zastopować.

Przyznaję się tylko, że mam jeszcze w planach zakup roślin które można hodować jako pnącza – myślę o Epipremnum Happy Leaf, mam też na oku kilka Filodendronów, a także maleństwo o trudnej nazwie Ceropegia Woodii, która zdecydowanie ładniejszą nazwę ma po angielsku – String of Hearts.

Marzeniem jest Philodendron Pink Princess lub White Knight. Kuszą Monstery z białymi wybarwieniami, ale jakoś ja i Monstery nie mamy do siebie cierpliwości – niby to taki łatwy do utrzymania kwiatek, a ja mam obecnie egzemplarz numer 3 i 4 (bo mam dwie) i obu coś dolega… Zobaczymy czy uda się obie odratować.

Ok, to tyle na dziś. Gratulacje dla tych, którzy dotarli do końca. Łapcie zdjęcia! Duuuużo zdjęć! 🙂