Przestałam przywozić sobie z podróży wszelkie „kurzołapy”. Jedyną pamiątką, którą jeszcze jako tako akceptuje jest magnes na lodówkę, bo w sumie miejsca za dużo nie zajmuje, a często wygląda całkiem fajnie. Za to nie mogę się nigdy oprzeć kosmetykom – szczególnie tym, o których w Polsce można na razie jedynie pomarzyć.

Tak z Maastricht przywiozłam sobie (jeszcze wtedy niedostępną u nas) paletę Soft Glam od ABH, a z Berlina…

Tarte!

O korektorze Tarte Shape Tape mam wrażenie, że krążą już legendy. Każda osoba, która choć odrobinę interesuje się makijażem doskonale ten kosmetyk kojarzy, bo nie znam chyba zagranicznej YouTuberki, która by się nim nie zachwycała. Dla wielu z nich korektor z Tarte jest swoistym punktem odniesienia przy ocenie jakiegokolwiek innego korektora. Postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie jest do czego wzdychać.

Od razu w oko wpadła mi również paletka do konturowania o wdzięcznej nazwie Hamptons Weekender Contour Palette zawierająca bronzer, róż i rozświetlacz, więc uznałam, że Święty Mikołaj może w tym roku odwiedzić mnie troszkę szybciej…

To jak z tym korektorem?

Muszę Was zmartwić (a może bardziej siebie), bo już po pierwszych kilku użyciach wiem, że to jest produkt absolutnie wart swojej ceny. Co więcej – moje ulubione korektory zostały zdetronizowane i już się zastanawiam jak go będę ściągać do Polski jak mi się to opakowanie skończy.

Może na wstępie powiem, że moim ulubionym korektorem dotychczas był Too Faced Born This Way Multi-use Sculpting Concealer – ma on ogromne opakowanie 15ml, które mam wrażenie, że starcza na wielki. Dodatkowo jest kremowy, dość lekki pod oczami, ma świetne krycie, po przypudrowaniu nie zbiera się w zmarszczkach mimicznych wokół oczu, lubi się z praktycznie każdym pudrem i jest super trwały. No i teraz pomyślcie sobie, że Tarte Shape Tape ma to wszystko tylko bardziej.

Jestem totalnie oczarowana tym korektorem.

Wybrałam kolor Light, który (co mnie zdziwiło bardzo) jest chyba szóstym odcieniem z kolei – zazwyczaj sięgam po pierwszy, max drugi, za wyjątkiem Fenty, który ma w swojej ofercie 50 odcieni korektora i podkładu ze sporym wyborem naprawdę jasnych kolorów. Przyznam, że celowałam w odcień, który nie będzie mocno jaśniejszy od mojego podkładu i udało mi się trafić idealnie. Kolor light jest raczej neutralny z lekko różowym podtonem, który u mnie nie wybija się w ogóle. Kryje pięknie wszystkie zasinienia będąc przy tym niesamowicie lekkim. W porównaniu z Too Faced to mam wrażenie, że jest delikatny jak chmurka. Bardzo dobrze łączy się z podkładmi, których używam (Fenty nawilżający, Bobbi Brown z poprzedniego wpisu, czy MAC Prolongwear, a nawet Lumene Matte) i pudrami (Kat Von D LockIt, Irena Eris sypki puder transparentny czy również sypki puder z Golden Rose).

To, co mi się w nim najbardziej podoba, to wygląd – nałożony w niewielkiej ilości mimo super krycia wciąż wygląda jak skóra, a nie jak tynk pod okiem. Ani razu nie zrobił mi suchej skorupy.

Opakowanie jest standardowe – jedynym wyróżnikiem jest duży aplikator, który podchwyciły inne firmy kosmetyczne wzorując swoje produkty na korektorze z Tarte. Dostajemy 10ml produktu za 26,95 Euro – przy obecnym kursie daje nam to cenę około 115 PLN za opakowanie. Marka powoli wchodzi do polskiej Sephory (aż chce się powiedzieć, że zbyt wolno – na dziś dostępne mamy dwie palety cieni) i jestem ciekawa jaką cenę zaproponuje u nas? Bo nie ma co ukrywać, że niemiecka cena jest bardzo atrakcyjna. Nawet ściągając korektor ze strony Tarte musimy za niego zapłacić więcej, nie mówiąc już o innych drogeriach specjalizujących się w ściąganiu kosmetyków z USA.

Chyba nie muszę jeszcze raz podkreślać, że warto ten korektor mieć?

Paletka do konturowania

Wspomnijmy jeszcze o palecie do konturowania, której po samych zdjęciach na stronie Tarte nigdy bym nie kupiła. Dlaczego? Spójrzcie sami (klik) – ona wygląda jakby wszystkie zawarte w niej produkty były bardzo, bardzo ciepłe. Co sprawia, że nie pasowałyby do mojej karnacji.

Na żywo jest jednak zupełnie inaczej.

Zacznę od dołu:

  • bronzer farmer’s market jest bardzo fajnym odcieniem idealnym do ocieplania i lekkiego modelowania twarzy. Przypomina kolor mlecznej czekolady i… tak też pachnie! Wiem, że nie każdy lubi zapachy w kosmetykach kolorowych, ale ciężko się nie rozmarzyć kiedy czuje się tą słodką woń mlecznej czekolady przy każdym ruchu pędzla na policzku. Pigmentacja jest bardzo bezpieczna, więc ciężko sobie zrobić nim krzywdę, w dodatku rozciera się praktycznie sam.
  • róż summer house to najtrudniejszy zawodnik w palecie przez swój dość głęboki kolor i mocny pigment. Nie powiem, nie trudno sobie zrobić nim plamę, którą na szczęście da się bez większych problemów rozetrzeć, jednak lepiej nakładać go luźnym pędzlem i lekką ręką. Tak nałożony wygląda bardzo ładnie na policzkach. Super sprawdza się również w roli cienia do powiek – rozciera się w załamaniu do pięknej chmurki koloru!
  • rozświetlacz beach getaway – tu muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z nim nie zachwyca, blasku jest trochę mało kiedy przywykło się do używania na co dzień Amrezy. Zyskuje on jednak przy dłuższym poznaniu, bo jego moc kryje się pod pierwszą warstwą produktu. Kiedy pędzel zdrapał ją, okazało się, ze wcale nie jest to taki subtelny rozświetlacz. Jego kolor określiłabym jako delikatnie chłodny szampan.

Cała trójca świetnie się dopełnia i już mam to przetestowane – można śmiało zabrać tylko tę paletkę na wyjazd, nada się zarówno do twarzy jak i do oczu.

Samo opakowanie jest bardzo ładnie i solidnie wykonane, lusterko z uwagi na rozmiar całej palety nie powala rozmiarem, ale jest bardzo dobrej jakości o do szybkich poprawek jak znalazł. No i zapach czekolady… Uwielbiam.

Podsumowując – nie żałuję zakupu bo aktualnie sięgam po nią codziennie. Paletka kosztowała 20,95 Euro, co daje nam około 90 PLN. To nie jest dużo jak za tak dobry i wielkofukncyjny produkt.

Zostawiam Wam jeszcze swatche obu produktów – dla ciekawych:

Od dołu: Korektor Tarte Shape Tape odcień Light, paletka Hamptons Weekender Contour Palette – bronzer, róż, rozświetlacz.