To będzie długi wpis.

Przyznaję się. Jestem uzależniona od pomadek.

Jakby ktoś mi dwa lata temu powiedział, że wkrótce moja kolekcja pomadek nie będzie mieścić się w jednej kosmetyczce, powiedziałabym mu, że zwariował. Pomadka w makijażu była dla mnie zawsze złym koniecznym i raczej z niej rezygnowałam. Oczy zawsze lubiłam podkreślać, bo je lubię i mi się podobają. Ale usta? Zawsze ta pomadka gdzieś się rozłaziła, rozmazywała, przyklejały się do niej moje włosy… Nie, no koszmar.

Do czasu. Zastygające pomadki matowe zmieniły moje spojrzenie na ten element makijażu, chociaż wcale nie od płynnych pomadek zaczęło się moje uzależnienie. Pierwszy pomadkowy zakup, który rozpoczął moją miłość do malowania ust to pomadka marki Moov z Kontigo, a zobaczyłam ją na jednym z filmów Red Lipstick Monster. Kontigo mam naprawdę blisko domu, więc nie było na co czekać. Potem już poleciało jak lawina. Nakupowałam tego całkiem sporo i szukając idealnej dla siebie formuły i koloru wpadłam na kilka świetnych produktów, ale nie obyło się bez niewypałów.

Obecnie w kolekcji mam nieco ponad 30 pomadek, z których zdecydowana większość to pomadki w różnych odcieniach nude, co zaraz zobaczycie, bo właśnie o nich będzie dzisiaj. Niech Was również nie zdziwi fakt, że znajdują się tu niemal wyłącznie pomadki matowe, jest to zdecydowanie moje ulubione wykończenie i chyba tak już zostanie.

Podzieliłam ten wpis na dwie części – pomadki tradycyjne i pomadki płynne – a w każdej z części starałam się wskazać te, które są moimi faworytami i te, które z jakiś względów się u mnie nie sprawdziły. Pamiętajcie, że to, że dany produkt u mnie nie działa tak jak ja bym tego chciała, nie znaczy, że u Was się on nie sprawdzi. Starałam się też dokładnie spisać w jakim kolorze posiadam dany produkt, bo jeżeli lubicie pomadki nude i szukacie właśnie fajnego koloru dla siebie, może tu znajdziecie jakąś podpowiedź.

Pomadki tradycyjne

Zanim znalazłam idealne (dla mnie) pomadki płynne, zaczęłam trochę asekuracyjnie od pomadek tradycyjnych. Wydawały mi się prostsze w obsłudze i łatwo było coś w nich poprawić, jak w ciągu dnia część koloru się „zjadła”. Nadal je bardzo lubię i często goszczą na moich ustach, co można zauważyć po stopniu ich zużycia, a wśród ulubieńców mogę śmiało wymienić pomadki z Urban Decay – Vice Lipstick w kolorze Backtalk (wykończenie comfort matt) i Rush (wykończenie cream). Formuła comfort matt z Urban Decay jest zdecydowanie moją ulubioną formułą spośród wszystkich tradycyjnych matowych pomadek jakie mam i jakie testowałam. Kolor utrzymuje się bardzo długo na ustach i bardzo ładnie się zjada. Pomadkę w wykończeniu kremowym nakładam szczególnie w te dni, w których moje usta nie chcą współpracować z wysuszającymi je produktami. No i jeszcze samo opakowanie – srebrne, lustrzane, które bardzo cieszy oko.

Poza Urban Decay do ulubieńców mogę również zaliczyć pomadki w kredce od Golden Rose z serii Matte Crayon Lipstick i wspomnianej już wyżej marki Moov z serii LipsMatter. Te drugie są nieco bardziej suche i tępe przy nakładaniu, Golden Rose za to w konsystencji przypominają przyjemne masełko. Jednak obie formuły nosi się bardzo przyjemnie i również potrafią bardzo długo utrzymać się na ustach.

Kolory jakie posiadam to z Golden Rose (od lewej) 18 – idealny zamiennik kultowego odcienia Velvet Teddy z MAC, 21, 10, 08. Natomiast z Moov mam kolor Flexibility i Serenity, ten pierwszy lubię bardziej – jest chłodniejszy i bardziej przybrudzony. Obie serie mają też sporą zaletę – cenę, czego już nie można powiedzieć o pomadkach z Urban Decay, które od niedawna kosztują już 99 PLN (ja kupowałam je na początku roku jeszcze za 86 PLN w Sephorze). Za pomadki marki Moov z Kontigo trzeba zapłacić około 15 PLN natomiast za Golden Rose około 12 PLN.

Skuszona wszystkimi zachwytami w Internecie sięgnęłam również po pomadki MAC – pierwszym zakupem był odcień Twig o wykończeniu satynowym, następnie zaopatrzyłam się w kolor Yash o wykończeniu matowym i wiecie co? Nie wiem o co tyle krzyku – są to po prostu dobrej jakości pomadki, ale nie zachwycają mnie szczególnie niczym wyjątkowym. Ok, jest jedna wyjątkowa zaleta – wybór kolorów. Tu MAC ma zdecydowaną przewagę nad wszystkimi pozostałymi markami, szczególnie jeżeli chodzi o różne odcienie nude. Naprawdę jest w czym wybierać. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię tych dwóch pomadek, bo również nosi się je komfortowo, ale już nie tak fajnie jak Urban Decay.

Pomadki od lewej: pierwszy rząd – Wet’N’Wild kolor Bare It All (kolejny zamiennik Velvet Teddy), Urban Decay kolor Backtalk, Maybelline kolor 930 Nude Embrace; drugi rząd – Wet’N’Wild kolor In The Flesh, Urban Decay kolor Rush, Kobo kolor 414 Smoked Wood (chyba limitka); trzeci rząd – MAC kolor Twig, MAC kolor Yash.

Drogeryjne pomadki nie do końca się u mnie sprawdzają

Miałam kilka podejść do pomadek dostępnych w drogeriach Rossmann, Hebe czy Natura i niestety, ale te pomadki lubię najmniej spośród wszystkich tradycyjnych, które posiadam i najrzadziej po nie sięgam. Pomadki marki Wet’N’Wild są bardzo przyjemne w noszeniu i dobrze napigmentowane, ale mają tak tandetne opakowanie, że po jednej wycieczce w torebce nasadka popękała w kilku miejscach, a pomadka się otworzyła i ubrudziła część torebki od środka. Natomiast pomadka z Kobo ma cudowny kolor i fajne magnetyczne zamknięcie, ale jest bardzo twarda – znalazłam na nią trik – warto przed nałożeniem włożyć ją na 10 minut do kieszeni spodni, żeby się lekko rozgrzała. Staje się wtedy bardziej elastyczna i łatwiej się ją aplikuje. Ale już takie szukanie sposobów na to, co zrobić żeby kosmetyk działał tak ja ma działać, sprawia, że się do niego zniechęcam. O pomadce z Maybelline nie ma co dużo pisać, niestety kompletny niewypał dla mnie – na ustach wygląda nieestetycznie i po kilku minutach rozmowy znaczna część jest już „zjedzona”- formuła zupełnie mi nie odpowiada, choć sprawdzona na dłoni zapowiadała się całkiem nieźle.

Pomadki płynne

Ta część mojej kolekcji zdecydowanie zalicza się do serii kosmetyków „YouTube made me buy it”. Poza drobnymi wyjątkami, nie ma tu produktu, którego bym nie podpatrzyła na jednym z obserwowanych przez siebie kanałów urodowych. Chociaż ulubieńcy znaleźli się u mnie dzięki świetnym dziewczynom prowadzącym blog Bless The Mess. Ich recenzja pomadek, o których wspomnę za chwilę sprawiła, że autentycznie wstałam, poszłam i kupiłam. I wcale tego nie żałuję – co więcej, domowa kolekcja wciąż się rozrasta!

Pomadek płynnych mamy obecnie prawdziwy wysyp. Co jest w tym wszystkim najfajniejsze to to, że dobrą matową pomadkę w płynie można obecnie znaleźć praktycznie w każdym przedziale cenowym, także zakup takiej nie musi wiązać się z opustoszeniem naszego portfela.

Sama nazbierałam już tych pomadek całkiem sporo i są to produkty zarówno kupione za kilka złotych jak i takie, które kosztowały więcej niż 100 PLN. Kilku zakupów żałuję, ale już tak z kosmetykami jest – nie zawsze to co polecają inni sprawdza się u mnie.

Niestety moje ulubione pomadki są jednocześnie tymi, za które trzeba najwięcej zapłacić. Ale nie, nie cena i fakt ile na nie wydałam sprawia, że lubię je najbardziej. Piszę niestety, bo oczywiste jest, że wolałabym żeby moje ulubione, najlepiej sprawdzające się formuły były nieco przyjaźniejsze dla portfela.

Ulubieńców na ten moment jest dwóch. Pierwszym, o którym nieco już było na tym blogu to pomadki marki Sephora Lip Cream Satin – mam obecnie już trzy kolory, ale tylko dwa z nich mogę zaliczyć do pomadek w kolorze nude. Pierwszy to bardzo uniwersalny odcień numer 13 Marvelous Mauve, drugi to numer 5 Infinite Rose. Obie są super trwałe i nadają się idealnie na co dzień np. do pracy. To właśnie te pomadki odkryłam dzięki dziewczynom z bloga Bless The Mess – chwała Wam za to! Moim zdaniem są to najlepsze pomadki matowe w stosunku cena – jakość. Za jedną pomadkę trzeba zapłacić 45 PLN – nie jest to może najniższa kwota, ale patrząc na wszystkie plusy tej pomadki – jej trwałość, wybór kolorów i komfort noszenia – nie ma w tej cenie nic lepszego na rynku!

Drugim ulubieńcem jest pomadka marki, która całkiem niedawno miała swoją premierę w Polsce – Huda Beauty. Nie mogłam nie kupić choć jednej pomadki z czystej ciekawości. Pomadki póki co są dostępne jedynie w sklepie on-line i największą ulgę przyniósł fakt, że te 119 PLN nie okazały się pieniędzmi wyrzuconymi w błoto, bo pomadka okazała się być właśnie taka jaką lubię najbardziej! Moja jest w kolorze Sugar Mama i jest pięknym, lekko brzoskwiniowym nudziakiem. Jej konsystencja jest bardziej wodnista niż pomadek z Sephory, ale też Huda nie zastyga na zupełny mat, powiedziałabym, że jest to raczej satynowy mat, który nosi się bardzo komfortowo. Ciekawa jestem czy te żywsze, odważniejsze kolory również tak świetnie się sprawdzają?

W poście o nudziakach nie mogło zabraknąć pomadek NYX Proffesional Make Up z serii Lingerie – jestem w posiadaniu dwóch odcieni 02 Embellishment (pierwszy z lewej), który jest nieco trupim, sino-fioletowo-beżowym odcieniem, oraz 06 Push Up (drugi z lewej) – ten odcień lubię szczególnie. Niestety tych pomadek już nie nosi się tak komfortowo jak tych z Sephory czy od Huda Beauty. Ze wszystkich matowych pomadek NYX, które posiadam, najprzyjemniejszą formułę ma NYX Liquid Suede. Jestem w posiadaniu tylko jednego odcienia ponieważ ciężko w całej kolekcji znaleźć mi odcienie, które mi się podobają. Jednak kolor Soft-Spoken (drug z prawej), szczególnie jesienią nosi mi się bardzo dobrze. Z serii Soft Matte Lip Cream mam kolor Stockholm – lubię, tak po prostu.

O pomadkach z Borjouis Rouge Edition Velvet chyba już w Internecie napisano wszystko – z dwóch kolorów, które znajdują się w mojej kolekcji polecić mogę niestety tylko jeden. Nie każdy kolor z serii sprawdza się i nosi się tak dobrze jak te najbardziej polecane, tutaj mam wrażenie, że mam pomadki w dwóch różnych formułach. Odcień 07 Nude-ist jest super – fajnie napigmentowany, dobrze się nosi. Natomiast kolor 17 Cool Brow, który świetnie zapowiadał się po zdjęciach (kupiony przez Internet) okazał się być bardzo średni w dodatku ma gorszą pigmentację i nakłada się nierówno – jest to zupełnie inna pomadka niż Nude-ist.

Część pomadek niestety się nie do końca sprawdziła.

Kultowy produkt z Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick u mnie niestety średnio się sprawdza. Pierwsze rozczarowanie przyszło od razu jak zakupiłam pierwszy kolor 03 (z prawej) i okazało się, że ta matowa pomadka ma w sobie jakieś dziwne błyszczące drobinki. Jakiś czas później marka wypuściła kilka fajnych nudziaków, więc zaopatrzyłam się w kolor 16 – tego 03 prawie nie nosiłam ze względu własnie na wspomniane drobinki, więc jeszcze nie wiedziałam, że zakup będzie średnio udany.

Do koloru nie mogę się przyczepić, bo jest własnie taki, jakie lubię nosić na ustach najbardziej. Niestety Golden Rose na dłuższą metę strasznie wysusza moje usta. Do tego stopnia, że musiałam ratować się lanoliną, żeby się zregenerowały. Od jakiegoś czasu stoją więc te pomadki raczej nieużywane i zauważyłam dzięki temu jeszcze jeden niepokojący minus, który przy żadnej innej pomadce nie wystąpił. Mianowicie z pomadek zaczęło coś wyciekać… Przezroczysta dość lepka substancja. Pewnie nieużywany produkt się rozwarstwia, ale żeby od razu wyciekał?

To już ostatnie dwa niewypały.

Pierwsza z prawej to pomadka marki Paese Silky Matt w kolorze 700, która nie zastyga. W sumie bardziej nazwałabym ją gęstym, matowym musem/błyszczykiem aniżeli pomadką. Plusem jest fakt, że pomadka nie wysusza ust, więc jest dla tych, którym wszystkie inne matowe pomadki robią z warg Saharę. Tylko gdyby nie ten zapach. Nie potrafię określić czym ta pomadka pachnie, ale pomalowanie się nią w moim przypadku to naprawdę katusze. Zapach jest tak drażniący, że za każdym razem odpuszczam i wybieram coś innego.

Druga pomadka ze zdjęcia to matowa płynna pomadka z L.A. Girl w odcieniu Dreamy. W sumie nie powinnam ją nazywać pomadką, a jak sam producent każe – matowym błyszczykiem. Pomadka po aplikacji strasznie się klei, ale to okropnie i w dodatku nie wygląda na ustach ładnie. Tutaj mogę śmiało powiedzieć, że spośród wszystkich wymienionych w tym wpisie produktów, ten jest prawdziwym bublem.

To już wszystkie pomadki nudziakowe, które mam – podzielcie się Waszymi doświadczeniami? Może macie któreś z wymienionych wyżej kosmetyków i u Was sprawują się zupełnie inaczej niż u mnie?